Cień dla Michałka

Najpierw był bunt. Potem opłakiwanie własnych marzeń. Na żal nie starczyło czasu. Irena i Bogusław Cieślakowie postanowili założyć własną szkołę dla autystycznego synka.

Reklama

Michałek, który 8 lat temu przyszedł na świat w rodzinie Cieślaków z Milanówka, zapowiadał się nad wyraz obiecująco. W nauce nowych umiejętności roczny maluch znacznie wyprzedzał starszego o dwa lata brata Kacpra. – Może geniusz wyrośnie? – zacierali ręce rodzice. A malec „przytakiwał” i 60-elementowe puzzle bez zastanowienia układał w różnych konfiguracjach: na wprost, z boku, od góry. – Albo perfekcjonista? – myśleli. Bo Michałek potrafił godzinami układać w rządku samochody, jeden przy drugim. Idealnie... – Fajne, ale dziwne – komentowali nietypowe zdolności Michałka rodzice i czujniej zaczęli przyglądać się pociesze. Tymczasem syn wolał samotnie spacerować z butelką pod płotem, niż bawić się z rówieśnikami. Rodzice z zaskoczeniem dostrzegli także, że słówka, które tak świetnie znał, powtarzał teraz z trudem, a nowe nie wchodziły mu już tak łatwo do głowy. Szybko okazało się, że problem był ze wszystkim, co nowe.

Autysta, nie artysta

– Co robić ? – Cieślakowie coraz częściej pytali specjalistów. Ale pediatrzy i psychologowie nie potrafili postawić jednoznacznej diagnozy, bo „dziecko jeszcze jest za małe”, bo „chłopcy zazwyczaj później zaczynają mówić”, bo „przecież się do matki przytula”. Bez dostatecznej wiedzy na temat choroby chórkiem radzili „proszę czekać i obserwować”. – Ale ile można? – mama Michałka traciła cierpliwość. Przełom nastąpił, gdy w brytyjskiej telewizji BBC obejrzała program na temat choroby. – Zobaczyłam tam swoje dziecko – wspomina. Wówczas nie miała już wątpliwości: Michałek jest autystą. Nie artystą, ale autystą.

Najtrudniej było rozstać się właśnie z marzeniami. Gdy mały pójdzie do przedszkola, Irena miała zamiar wrócić do pracy polonistki w liceum. Rozwijać się zawodowo. Chciała mieć rodzinę, z którą mogłaby podróżować, chodzić do kina czy na basen. Na użalanie się nad sobą na szczęście nie starczyło czasu. Choć wielu rodziców w tym momencie ogarnia paraliżująca rozpacz, Cieślakowie wiedzieli, że by wygrać z chorobą, trzeba zacząć działać. I to szybko. Przeszli więc przyspieszoną internetowo-książkową edukację. I gdy dostali medyczną diagnozę, trochę po omacku, ale jednak – poszli na całość.

Dieta nic

Praktycznie od razu z i tak ubogiego menu Michałka usunęli gluten, cukier i kazeinę, aby odciążyć układ nerwowy i zapobiegać rozmnażaniu się grzybów w przewodzie pokarmowym – częstej przypadłości autystyków. Na widok bezglutenowego chleba, mięsa, warzyw, wafli ryżowych i kaszy Michałek wpadł w szał. Leżał na podłodze w kuchni i walił nogami w szafkę. Wydawało się, że koszmar nie ma końca. Ale po trzech tygodniach Michał złamał się. Jak każdy autystyk, z trudem dostosował się do nowej sytuacji, ale w końcu zaczął jeść. A Cieślakowie razem z nim, choć bezglutenowy chleb kosztował 7 zł i do tego drapał w gardle. – Wprowadzanie diety to był najtrudniejszy czas – Irena wspomina trzyletnią gehennę spożywczą. I to nie tylko pod względem psychicznym. Ekologiczne jedzenie, intensywna terapia, ściągane z zagranicy leki, badania i dojazd na dodatkowe zajęcia miesięcznie pochłaniały czasami nawet 10 tys. zł. – Gdyby nie pracowitość i zapobiegliwość męża, nie byłoby nas na to wszystko stać – tłumaczy.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| AUTYZM, TERAPIA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama