Życie, do końca

Tych gości nikt nie chce – za bardzo komplikują życie. Trafiają więc do „umieralni”, gdzie… miłość smakuje jeszcze bardziej.

Reklama

Kolejki do specjalistów ratujących życie – to już przykra norma. Kolejki do specjalistów ratujących śmierć – to także norma, jeszcze bardziej bolesna. – Pacjenci nie mogą czekać, aż znajdzie się dla nich miejsce do godnego umierania. Ich dni są policzone, kto jak kto, ale oni naprawdę i na pewno nie mają czasu – zapewnia Anetta Kasprzak-Radecka, lekarz specjalista medycyny paliatywnej. – Albo raczej, tego czasu nie mogą zmarnować w kolejce. Jest zbyt cenny – dopowiada. Świdnicka lekarka otacza opieką terminalnie chorych w całym powiecie. A jednocześnie jako lekarz rodzinny jest dobrze zorientowana w potrzebach opieki paliatywnej. – Rodziny przychodzą do mnie po radę, gdzie można by umieścić chorego, i wiem, ile trudu muszą sobie zadać, by go chociaż wpisać w kolejkę. Pracuję też w ZOL-u i hospicjum w Świebodzicach i tam, niestety, muszę często odmawiać przyjęcia chorego z powodu braku miejsc – mówi, wtrącając, że niewielu stać na tzw. pobyt komercyjny w hospicjum, bo jest to koszt rzędu 3 tys. miesięcznie.

A garnitur czeka…

Władysław Galant z Bogdanowi dopiero od kilku dni przebywa na oddziale hospicyjnym świebodzickiego ZOL-u. – Lekarze mówią, że mam miesiąc życia, może dwa – zaczyna bez cienia smutku. – Wątroba więcej nie wytrzyma, żyję jednak, ile się da! Może nie umrę? – uśmiecha się i zaczyna wyliczać: – Tato, mama, siostra, kuzyn – wszystkich pożarł rak. To wina genów – obwieszcza pięćdziesięciotrzylatek. Jest kawalerem. Dalsza rodzina nie mogła się nim zająć. Gdyby nie hospicjum, nie tryskałby takim optymizmem. – Tutaj rozumiemy, że podstawową posługą i powinnością wobec śmiertelnie chorych jest towarzyszenie przez obecność – mówi Anetta Kasprzak-Radecka. – W pędzie życia, w rozmienianiu się na drobne i w gonitwie uczuć współczesny człowiek nie ma okazji, nie ma możliwości, nie ma chęci, nie ma czasu zatrzymać się przy łóżku chorego. Jest na „nie”, bo to za dużo kosztuje – wyjaśnia. – 31 stycznia mam urodziny – pacjent wraca do tematu. – Może dożyję? A jak nie, to rodzina wie, że w szafie wszystko jest już przygotowane. Ładny mam garnitur do trumny – zapewnia.

Medycyna paliatywna potrafi sprawić cud: tam, gdzie po ludzku jest tylko beznadzieja umierania, rodzi się prawdziwe życie. Niekiedy życie tak intensywne jak nigdy wcześniej, a na pewno jak nigdy podczas ostatnich lat zniedołężnienia, ucieczki w głąb ducha i w przeszłość pamięci. – Dotychczas stawiano na rozwój bardzo wąskich specjalizacji medycznych: specjalista od oka, od ucha, od serca... Gdzieś po drodze zagubiono człowieka z jego problemami, uczuciami, środowiskiem rodzinnym i społecznym – zauważa świdnicka lekarka. – Medycyna stała się bezduszna, zaczęto pacjentów traktować jak przedmioty, które da się naprawić albo nie.  A co z tymi, których się naprawić nie da? – pyta prowokacyjnie i odpowiada: – Osoby z chorobami postępującymi i nieuleczalnymi pozostawiano samym sobie, bo przecież „nic się więcej nie da zrobić”. Tacy pacjenci cierpieli samotnie w domach lub w przytułkach, umierając często w nieludzkich warunkach – aż pojawiły się hospicja. Wtedy okazało się, że dla terminalnie chorych „coś jeszcze zrobić można”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama