Lwa oddam na rok

Może być kudłaty pies albo misiek z wielkimi uszami albo lalka. Taka ze szmatek lub z plastiku. Do tego słodycze, ubrania, buty, przybory szkolne i wszystko, co tylko dzieciom może się przydać. Bo chodzi o to, by dzielić się tym, co kto ma, z wyjątkiem pieniędzy.

Reklama

Ciociu, czy mogłabyś znaleźć dla mnie jakąś pracę? – zapytał dziewięcioletni Przemek Ewę Dados, dziennikarkę Radia Lublin, osiemnaście lat temu. Od tego wszystko się zaczęło. – Nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło, że to, co z kolegami dziennikarzami zrobiliśmy w odruchu serca, przybierze taki rozmiar i będzie trwało tyle lat, że włączy się do dzieła tylu ludzi z tylu miast. Chcieliśmy pomóc dzieciakom ze Starego Miasta, które przychodziły do radia uczestniczyć w programie „Jaśkowa Dobranocka” – mówi pomysłodawczyni akcji „Pomóż dzieciom przetrwać zimę” Ewa Dados.

Pracy dla Przemka nie było. Zaczęły się jednak dociekania, dlaczego ten malec w ogóle o niej myśli. Okazało się, że w domu panuje bieda i nie zawsze jest czym chleb posmarować. – Uderzyło mnie to, że dziecko nie prosiło o pieniądze. Kiedy pojechałam na Stare Miasto odwiedzić rodzinę Przemka, w całym mieszkaniu suszyły się pieluchy ośmiomiesięcznej wtedy najmłodszej siostrzyczki, a najstarszy brat z tatą prali ubranka. Mama dzieci była w szpitalu. Skrzyknęłam znajomych dziennikarzy, każdy przejrzał swoje szafy i przyniósł, co miał. To jednak nie rozwiązało problemu, bo takich dzieci jak Przemek było bardzo dużo. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i świadomość, jak trudne będą dla wielu rodzin z lubelskiej Starówki, nie dawała nam spokoju. Ogłosiliśmy więc na antenie Radia Lublin akcję „Pomóż dzieciom przetrwać zimę” – wspomina Ewa Dados.

Telefon dzwonił bez przerwy

Zasada była jedna – nie zbieramy pieniędzy. Dzieci ich nie potrzebują, za to z chęcią zjedzą porządny posiłek, coś słodkiego, a jeśli uda się także zebrać jakieś ubrania czy zabawki, to dla wielu będzie to luksus. Był rok 1993. Odzew słuchaczy zaskoczył nas. Telefon w radiu dzwonił bez przerwy. Ktoś miał do oddania ubranka po swoim dziecku, ktoś inny zabawki, kolejny mógł ofiarować makaron, jakaś pani ze sklepu obuwniczego zadzwoniła, że ma nowe dziecięce kozaczki. Kolejna osoba zaproponowała, że może udostępnić samochód, by rozwieźć rzeczy potrzebującym. – Zrobiliśmy kilkaset paczek. Uświadomiliśmy sobie jednak, że nie tylko na Starówce żyją ludzie w biedzie, że dzieci potrzebujących pomocy jest dużo w innych dzielnicach Lublina i poza miastem także. Tak zaczęły w kolejnych latach powstawać sztaby akcji w różnych miejscach. Nawiązaliśmy współpracę z Pomocą Społeczną, szkołami i parafiami, które wskazywały nam potrzebujące rodziny. Odbieraliśmy też listy i telefony od znajomych czy sąsiadów ludzi w trudnej sytuacji z prośbą, żeby pomóc konkretnej rodzinie. Tak jest do dziś – mówi Ewa Dados.

Pospolite ruszenie

Pewnego razu do radia przyszedł tato z kilkuletnią córeczką. Był bardzo zawstydzony i trudno mu było rozmawiać. Okazało się, że jest bezrobotny, ma chorą żonę i wstydzi się pójść prosić o pomoc. Wolontariusze przekonali go, że jednak warto. Dostał adresy, pod którymi mógł szukać wsparcia, a córka – kudłatego lwa, którego na rzecz akcji oddała córka pani Ewy. Znalazły się także buty na zimę dla dziewczynki.

Rok później, na koncercie rozpoczynającym akcję, do Ewy Dados podeszła dziewczynka z pytaniem: „Ciociu, pamiętasz mnie?”. Dziennikarka nie pamiętała. Setki dzieci, które przewijały się przez sztab, trudno było zapamiętać. Wtedy dziewczynka wyjaśniła: – Te buty mam od ciebie i tego lwa. Przyniosłam go dzisiaj, żeby teraz pomógł jakiemuś innemu dziecku, bo u nas już wszystko dobrze – powiedziała. Okazało się, że tato znalazł pracę, mama wyzdrowiała i teraz cała rodzina chce pomóc komuś innemu. Babcia Jadwiga, bo dziś to już babcia, choć kiedy ruszała akcja, jej dzieci miały po kilkanaście lat, nie potrzebuje dziś pomocy.

– Lata dziewięćdziesiąte to był trudny czas. Bezrobocie było ogromne, niby skończył się komunizm, ale dobrobytu to u nas nie było. Wiele rodzin, w tym także i moja, ledwie wiązało koniec z końcem. Nie było mowy o słodyczach dla dzieci. Po śmierci mojego męża sąsiedzi zadzwonili w mojej sprawie do sztabu akcji „Pomóż dzieciom przetrwać zimę”. Choć moje dzieciaki nie były małe, to, co dostaliśmy: makaron, mąkę, ziemniaki i słodycze, to był luksus. Od kilku lat ja pomagam. Odwiedzam dzieci z okolicy, którym się nie przelewa, i zawsze mam dla nich jakiegoś cukierka – mówi.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama