Życie od cudu do cudu

Tereska urodziła się późną jesienią jako piąta. Była radosnym dzieckiem z zespołem Downa. Rodzicom nie było łatwo pogodzić się z tą sytuacją do czasu, kiedy w Boże Narodzenie położyli małą w żłóbku, przygotowanym przez tatę. Wtedy Genia i Jurek zobaczyli w niej Jezuska, czyli wielki dar dla swojej rodziny.

Reklama

Żeby święta Bożego Narodzenia mogły być prawdziwie radosne, w rodzinie Pietrygów muszą być spełnione trzy warunki. Jeden to choinka, drugi to karp, który przynajmniej jeden wieczór pływa w wannie. To ze względu na Tereskę, która także nie słyszy, ale w której radość kipi, gdy w domu staje świąteczne drzewko, a łazienka zamienia się w akwarium. Zresztą nie tylko ona po tym poznaje, że za chwilę wydarzy się coś wielkiego, na co warto było czekać. Z karpiem gadają także cały wieczór Bernadeta, zwana Betką, i Franek, czyli najmłodsze z dziesięciorga rodzeństwa. Trzeci warunek to żłóbek zrobiony własnoręcznie przez tatę, który koniecznie trzeba postawić na honorowym miejscu w domu. Najmłodsze z dzieci ma 7 lat, najstarsze 27. – Każde z nich to wielki, niepowtarzalny dar, który otrzymaliśmy od Pana Boga. On też nas prowadzi i strzeże, co nie znaczy, że nie mamy problemów. Powiedzielibyśmy, że nieustannie nasza wiara wystawiana jest na próbę i uczymy się żyć od cudu do cudu. Mając dziesiątkę dzieci i jedną pensję, możemy powiedzieć, że jesteśmy na Bożym utrzymaniu – mówią Jurek i Genia Pietrygowie.

Czekałem na Ciebie

Ich droga do Pana Boga zaczęła się wiele lat temu. Genia przyjechała do Lublina w 1979 roku z Bydgoszczy, Jurek z Bytomia. Oboje studiowali polonistykę na KUL i choć byli na jednym roku, dopiero we wspólnocie, do której każde z nich trafiło oddzielnie, bliżej się poznali, a z czasem pokochali. – Nie byłam jakaś szczególnie wierząca, ale też nie mogę powiedzieć, że byłam niewierząca, ot tak, przeciętny katolik. Na spotkanie neokatechumenatu zaprosił mnie mój starszy brat, który był dla mnie wielkim autorytetem, więc do głowy mi nie przyszło się sprzeciwić. Na szczęście! – śmieje się dziś Genia. Jurek mieszkał na stancji u ludzi ze wspólnoty, choć nie miał o tym pojęcia. Obserwował, że systematycznie gdzieś wychodzą i żyją jakąś niezwykłą radością. Gdy zapytał ich, dokąd chodzą, usłyszał w końcu „choć i zobacz”. – Dla mnie to był szok. Usłyszałem, że Pan Bóg chce mnie takiego, jakim jestem, słabego, grzesznego,  pełnego słabości. Nie stawia mi warunków: najpierw się popraw, a potem pogadamy, tylko otwiera ramiona i mówi „choć Jurek, czekałem na ciebie” – opowiada Jerzy.

Pod górkę

Pod koniec studiów postanowili się pobrać. Był piękny ślub, a potem szara rzeczywistość. – Mieszkaliśmy na stancji. Byłam w ciąży. Czekaliśmy na narodziny naszego pierwszego dziecka – Tobiasza. Ludzie, którzy nam wynajmowali pokój, coraz bardziej naciskali, żebyśmy się wyprowadzili. Nie mieliśmy dokąd. W końcu tuż po narodzinach syna mąż znalazł inną stancję. Zamówiliśmy samochód bagażowy, ja z małym pojechałam do znajomych przeczekać przeprowadzkę, a mąż pojechał na nową stancję nas rozpakować. Kiedy tam dotarł, okazało się, iż właścicielka mieszkania nie uzgodniła z mężem, że ma u nich mieszkać rodzina z dzieckiem. Jej mąż kategorycznie się sprzeciwił. Zostaliśmy bezdomni. Musieliśmy wrócić na starą stancję i prosić, byśmy mogli przeczekać, dopóki nie znajdziemy czegoś innego. To było bardzo trudne doświadczenie. Jeśli ktoś myśli, że bycie we wspólnocie zwalnia nas od przyziemnych problemów, to bardzo się myli – mówi Gienia. W końcu udało się przeprowadzić. Jakiś czas był spokój. Kiedy na świat miało przyjść drugie dziecko, problemy zaczęły się od nowa. – Gdyby nie wspólnota i systematyczne spotkania, katechezy i rozważanie słowa Bożego, można by się załamać. Nam było bardzo ciężko, ale wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sami. Doświadczaliśmy gdzieś głęboko w sercu spokoju, że Pan Bóg nas przez to przeprowadzi, i nigdy się nie zawiedliśmy – mówią małżonkowie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Minerwa
    14.01.2012 21:34
    Kochani, jak nie macie kogoś, żeby Wam robił korektę, to służę, naprawdę tanio. Bohatera artykułu Jezus wołał "chodź" nie "choć"! "Choć" to inaczej "chociaż", bynajmniej zaś nie tryb rozkazujący od "chodzić"! Popularny błąd, ale właśnie Wy go nie róbcie.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama