Dymisja supermatki

Supermatki nie istnieją. Zaakceptuj to w końcu.

Reklama

Są w życiu każdej matki takie chwile, gdy nie ogarnia. Czuje się wtedy mocno wyrodnie. I nawet próbuje się podać do dymisji. Ale po kolei.
Najmłodsza od kilku miesięcy przygotowywała się do przedszkolnych jasełek połączonych z Dniem Babci. Rola anioła co prawda średnio pasowała do aktorki. Ale tym bardziej stanowiła wyzwanie... Matka odpowiednio wcześniej wszystko przygotowała: strój, skrzydła, wyćwiczyła z dzieckiem rolę. Nauczyła nawet drugiej zwrotki „Do szopy hej, pasterze”, żeby się młoda nie ograniczała. Następnie ustawiła sobie pracę tak, żeby być o 9.30 w przedszkolu. Dzień wcześniej wieczorem pojechała po babcię. Bo przecież Dzień Babci bez babci sensu nie ma. Rano w czwartek mąż do przedszkola dziecię zawiózł. A matka w tym czasie na okoliczność debiutu scenicznego 3-latki nawet lekki makijaż zrobiła. Babci pomogła koraliki wybrać pod kolor sukienki. I żeby zdążyć na 9.30, wyjechały obie do przedszkola odpowiednio wcześniej. Wchodzą, kroczą raźnym krokiem do sali... A tu rodzice i dziadkowie idą w drugą stronę... Czyli do drzwi. Przedstawienie właśnie się skończyło... Matka stanęła na środku jak przysłowiowy słup soli. A z umalowanych oczu zaczęła siąpić słona woda. – Jak ja dziecku w oczy spojrzę? Będzie miało traumę do końca życia – myślała przerażona, wycierając kapiący tusz. Przecież w zaproszeniu było wyraźnie: godz. 9.30. A matka nigdy się w takich sprawach nie myli. Otóż... myli się. Piękną czcionką na zaproszeniu wykaligrafowano: „zapraszamy o 9.00”. Zaraz inne matki poczęły pocieszać. Że to normalne, że człowiek czasem nie ogarnia. Że nikt nie jest doskonały, a takie sytuacje dobrze robią na pychę. (Może i na pychę robią dobrze, ale na poczucie matczynej wartości robią bardzo źle). Zaczęły się też sypać historie, jak to zmęczone matki zostawiały niemowlęta na balkonie (na noc) i dziecku się nic nie stało. Dotleniło się i doskonale wyspało. Te wszystkie historie na niewiele się zdały. Matka miała ochotę podać się do dymisji... Wcześniej jednak dorwała małą aktorkę przebraną za aniołka i zaczęła przepraszać. Że jest jej tak przykro, że nie wie, jak się to stało, że pomyliła godziny... A dziecko spojrzało na matkę, uśmiechnęło się od ucha do ucha, i rzuciło: – Byłam świetna, wiesz... A potem mrugnęła szelmowsko, zupełnie tak, jakby mówiła: – Supermatki nie istnieją. Zaakceptuj to w końcu. Dymisja nieprzyjęta.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Nati
    19.01.2012 14:18
    Ja tylko co doo aniołów - mam przeczucie, że to nie są chodzące kluski na mleku, a właśnie istoty z mocnym i ostrym charakterem. Jak trzeba to i mieczem świsną. W końcu pełnią tez rolę wojska. Czy w tym kontekscie mała też nie pasuje? ;)
  • TeżMatka
    20.01.2012 00:15
    Dziękuję. Poczułam się normalna :)
  • Eterno Vagabundo
    20.01.2012 01:38

    Z pewnych stanowisk w życiu,
    Nie można abdykować.
    Wbrew przeciwnościom, na nich,
    Swój prestiż trza zachować.

    Szczególnie zaś wymaga,
    To wielkiej atencji,
    Jeżeli rola nasza,
    Jest Bożej proweniencji.


Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama