Dwie Rzeczpospolite szkolne

Uczniowie elitarnych liceów nie chcą bratać się „z plebsem”. „Plebs” nie ma zamiaru uczestniczyć w wyścigu szczurów.

Reklama

W szkołach nadszedł sezon protestów. Uczniowie aktywnie uczestniczą w okupacjach klas, przychodzą z transparentami na posiedzenia rad gmin, broniąc „swojej szkoły” przed likwidacją. Ale los wielu z nich jest przesądzony. Muszą zmienić środowisko. Nie wszyscy jednak witają rozbitków z otwartymi rękami. Wiceprezydent Krakowa Anna Okońska-Walkowicz zaproponowała uczniom zamykanych liceów – w ramach rekompensaty – wybór dowolnej szkoły. Z tymi najbardziej renomowanymi włącznie. W końcu młodzież nie jest winna problemom ekonomicznym gmin. – Pomyślałam, że może to być dla nich szansa zaistnienia w lepszym środowisku. Przygotowałam cały program wsparcia, a dyrektorzy otworzyli się na tę propozycję – wyjaśnia Okońska-Walkowicz. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Uczniowie elitarnych ogólniaków natychmiast założyli na Facebooku profil pod hasłem „w obronie czołówki krakowskich liceów”. A tam odbył się regularny lincz na (potencjalnych) nowych koleżankach i kolegach. Dowiedzieli się, że są „miernotami i plebsem, który nadaje się wyłącznie do czyszczenia kibli”, „niewydolnymi intelektualnie nieudacznikami” oraz „intruzami, którzy chcą dostać się do najlepszych szkół bocznymi drzwiami”. Poziom agresji zaskoczył i zaszokował Kraków. Stanisław Pietras, dyrektor V LO, jednego z najlepszych liceów w Polsce, wezwał na dywanik przewodniczących klas. Rodzice uczniów, przeciw którym rozpętano nagonkę, z jeszcze większą determinacją włączyli się w protest, a ci – także w sieci – ogłaszali, że wcale nie mają zamiaru skorzystać z oferty.

Licea dwóch prędkości

Pojawiły się pod koniec lat 90. wraz z reformą szkolną rządu Jerzego Buzka. Jej celem było upowszechnienie wykształcenia średniego przez promowanie ogólniaków. Spadek ich poziomu był nieunikniony, gdy ponad połowa absolwentów gimnazjów zaczęła wybierać licea. Ci posiadający odpowiednią średnią chcieli znaleźć się w szkołach o uznanej marce. I to jest zrozumiałe. Trudniej wyjaśnić, dlaczego władze oświatowe, mając do dyspozycji, ogółem we wszystkich liceach, więcej miejsc niż kandydatów, tworzyły dodatkowe klasy w wąskiej grupie tych najpopularniejszych szkół (niekoniecznie najlepszych). Doprowadziło to do sytuacji, że – przykładowo – do liceów o numerach od I do XII skierowano wszystkie dzieci posiadające najwyższy kapitał kulturowy, zaś w szkołach o wyższych numerach zgromadzono resztę. Nikt na tym nie skorzystał, za to po cichu, acz administracyjnie, dokonano w Polsce przyspieszonej segregacji szkolnej.
Edukacja nie była wyjątkiem, raczej potwierdzeniem charakteru przemian społecznych dokonujących się w III RP. Proces segregacji dokonuje się konsekwentnie od dwóch dekad także w innych dziedzinach życia. Ludzie, którym udało się osiągnąć lepszy status materialny, tworzą środowiskowe enklawy, wykupują prywatne ubezpieczenia, zamykają się przed polską biedą w chronionych osiedlach, szukają dla swych dzieci dobrych szkół. Jest to proces nie tyle nawet niekontrolowany, co wręcz wzmacniany przez system oświatowy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Kolejne międzynarodowe badania umiejętności uczniów (PISA) potwierdziły istnienie w Polsce edukacji dwóch prędkości.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • warts
    05.02.2012 17:17
    "Elitarne" krakowskie szkoły to nie placówki, w których młodzież jak "szczury" rusza do wyścigu po złote laury. W dzisiejszych czasach to uczniowie tworzą szkołę, podczas rekrutacji oni sami ustalają poziom - ci, którzy włożyli w naukę najwięcej pracy i osiągnęli bardzo dobre wyniki zapełniają szkolne ławy. To, że akurat w rankingach - tych krakowskich - od lat pierwsze miejsca zapełniają szkoły o takich a nie innych numerach to kwestia tradycji i dbania o nią. Po utworzeniu ram pracy szkoły, licea z czołówki po prostu dbają o swoich uczniów szukając dla nich dobrej kadry, sprzętu, współpracy z dobrymi uczelniami (te też wymagają dużego wkładu pracy - inwestycji w swoją przyszłość)czy dają możliwości do rozwoju na wielu płaszczyznach. Myślę, że uszanowanie starań i wkładu obu stron - uczniów i nauczycieli - jest lepsze niż rozklejanie etykietek "elita". Uczniowie tych liceów to też ludzie, którzy mają dobre serca, zaangażowani w wolontariat i pomoc innym, ale również Ci, którzy popełniają błędy. I tak we własnym życiu będziemy rozliczani jako równi ludzie.
  • gość
    05.02.2012 17:37
    Ten artykuł to stek bzdur, nic takiego nie było powiedziane, a uczniowie wcale nie byli wzywani do dyrektora. Pozdrawiam katolicką gazetę, która łamie 8 przykazanie.
  • kajka
    08.02.2012 14:33
    Wyjątkowo głupi artykuł. V może i jest elitarna.Tylko pod względem nauki. Finansowo uczniowie są naprwde zróznicowani. Obawiam się ,że Ci najbogatsi idą do prywatnych szkół.Tam zamiast 36-40 osób w klasie jes 15-20. Nie mówiąc już o szatni i innych udogodnieniach.
    Owszem, jest rozpiętość finansowa, po zebraniu rodziców jedni odjeżdżają Audi, a inni truchcikiem na PKS. Ale wsród uczniów takich różnic nie widać. Nikt się nie afiszuje bogactwem, bo osiagnięciami już tak
  • Berkeley
    08.02.2012 22:42
    Cały ten artykuł to dość nędzna prowokacja, która swoje miejsce powinna mieć raczej w "Fakcie" niż w piśmie posiadającym w niektórych kręgach pewną renomę. Jestem uczniem V LO i z przykrością stwierdzam, że treść tego artykułu w każdym chyba punkcie rozmija się z rzeczywistością, a niektóre wydarzenia zostały zwyczajnie wymyślone.

    Szczerze mówiąc, nie chce się mi komentować i obalać poszczególnych zarzutów, ale zamiast tego powiem coś o tak wychwalanej przez autora Annie Okońskiej-Walkowicz. Kobieta ta była dyrektorką szkoły, do której chodziłem przez kilka lat i była to najgorsza placówka edukacyjna, do której miałem okazję uczęszczać. Atmosfera wśród uczniów była paskudna, a poziom nauki i nauczycieli kiepski. Co najciekawsze, za tą szkołę (SPOŁECZNĄ, jak by nie było) płaciło się 600 zł/mc, przez co uczniowie dzielili się na dwie grupy - tych mających bogatych rodziców i wypchane portfele i tych, których rodzice, choć ledwo starczało im na czesne, posłali tam, licząc, że opowieści dyrektorki są prawdziwe. Dodam, że po trzech latach z oryginalnego składu klasy zostały może 3/5. W V LO nie spotkałem się z niczym takim, a atmosfera jest co najmniej bardzo dobra.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama