Pomocy!

Bernardinum Monika Follador: Jestem matką swojej teściowej. Życie u boku chorej na Alzheimera.

Są takie chwile w życiu, kiedy pytasz siebie, czy to, co robisz, jest właściwe i czy robisz to naprawdę dla dobra drugiej osoby... O życiu u boku osoby chorej na Alzheimera pisze synowa. Fragment książki: Jestem matką swojej teściowej zamieszczamy za zgodą wydawnictwa Bernardinum.

Tysiące myśli rodzi się w umyśle, kiedy próbuje się stawić czoła niektórym trudnościom, ale kiedy zdajemy sobie sprawę ze swej ułomności i nieświadomości w danej materii, nie pozostaje nic innego, jak tylko poprosić o pomoc. Ale kogo?

Lekarze ogólni usiłują umniejszyć objawy, uznając je często za prawidłowe w pewnym wieku i ograniczają się do przepisania jakiejś terapii dodającej wigoru. Dla nas było jednak oczywiste, że chodzi o jakiś ważny problem, chociaż nawet nie znaliśmy jego istoty. Zażądaliśmy więc wizyty u psychiatry i w ciepłe lipcowe popołudnie zaprowadziliśmy ją do specjalisty.

Nigdy nie zapomnę złego samopoczucia, skrępowania, poczucia winy doświadczonego w momencie wprowadzania jej na oddział psychiatrii, gdzie znajdowały się krzyczące osoby, niektóre były związane... a ona jeszcze na pozór normalna, podczas gdy szliśmy korytarzami pomalowanymi na zielono...

Żeby nie dać jej odczuć bycia kimś mało ważnym i żeby doprowadzić do zgody na wizytę u lekarza, powiedzieliśmy, że wszystkie kobiety w jej wieku zostały wezwane na test badający pamięć. Po krótkiej próbie wyperswadowania nam tego pomysłu w końcu uległa, choć nie bez swego zwykłego oburzenia. Myślałam, że będę miała jakąś chwilę, żeby wytłumaczyć lekarzowi jej przypadek, ale oczywiście wrażliwość nie została rozdzielona w jednakowej mierze wszystkim osobnikom rodzaju ludzkiego i bez żadnej możliwości interwencji z mojej strony lekarz wprowadził ją w wir pytań najbardziej banalnych i z tego powodu najbardziej kłopotliwych, na które ona ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu nie potrafiła odpowiedzieć.

Jej zagubione spojrzenie błagało nas, żeby ją stamtąd zabrać, od tego gwałciciela myśli, który zdawał się bawić, wprawiając ją w zakłopotanie i chcąc za wszelką cenę dowiedzieć się o niej wszystkiego... A właściwie dlaczego? Przecież ona też miała problemy! Od zawsze była kobietą samowystarczalną, która nie tylko dawała sobie radę, ale też pomagała innym. Co ten lekarz od niej chce? Nie miała czasu, by tracić go na jakieś dziwactwa!

Są takie chwile w życiu, kiedy pytasz siebie, czy to, co robisz, jest właściwe i czy robisz to naprawdę dla dobra drugiej osoby, która w ogóle nie będzie potrafiła ci przebaczyć upokorzenia. Jednocześnie rozumiesz, że robi wszystko, aby obronić się przed tym strasznym oskarżeniem, że zupełnie już nie jest panią samej siebie. Lubię myśleć o tym szczególnym aspekcie jak o instynkcie samozachowawczym, który pojawia się w wyjątkowych momentach. Ileż siły, ile zaciekłości w nas się rodzi, kiedy musimy obronić się przed wrogiem! Energia życiowa pryska wszędzie jak woda z tryskającej fontanny w orzeźwiającym miejskim parku.

Byliśmy świadomi faktu, że teściowa ma problemy, ale nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, że straciła już percepcję i świadomość być może najbardziej banalnych i nieistotnych w życiu rzeczy. Kiedy na zewnątrz panuje straszliwie duszne gorąco i nieznośny skwar, a z człowieka cieknie jak z jabłka włożonego do piekarnika, to nietrudno pojąć, że to nie zima ani jesień. Tymczasem ona już nie znała nawet w przybliżeniu ani swojego wieku, ani liczby swoich dzieci. Totalna pustka! Na koniec konsultacji usłyszeliśmy wyrok, którego tak bardzo się obawialiśmy: „Przykro mi, choć pozostają jeszcze dalsze badania w celu potwierdzenia, ale według mojego doświadczenia chodzi tu o chorobę Alzheimera...”.

Wystarczyły ułamki sekundy, żeby przypomnieć sobie cierpienia, trudy, upokorzenia mojej najbliższej przyjaciółki, która straciła ojca z powodu tej choroby. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.

Oprócz przygnębienia spowodowanego przez tę okoliczność zdawałam sobie sprawę, że nie wiem nic o tej chorobie. Przez mój umysł przesuwały się chaotyczne obrazy. Moja babcia... tak, ją wyraźnie spotkał ten sam los. Pamiętam, jak w pewien zimowy wieczór nagle zbeształa nas za to, że zostawiliśmy na zewnątrz w zimnie tego zacnego pana, który prowadził program w TV i nie byliśmy w stanie wytłumaczyć jej, że ten pan był po drugiej stronie ekranu, że był zadowolony i nie marzł...

Był to czas akceptacji, że pewnych rzeczy nie da się zmienić.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama