5 milionów oczek z sercem

– Zamiast narzekać na otaczający nas świat, czujemy, że robimy coś pożytecznego. Kwestia materialna jest tu drugorzędna. Najważniejsze jest dobro, które potem zawsze do nas wraca – uśmiecha się Urszula Zalewska, prezes gdyńskiej fundacji „Nadaktywni”.

Od 3 lat w każdy poniedziałek w Caffe Anioł w centrum Gdyni odbywa się szczególny rytuał. W ciepłym blasku lamp gromadzą się same kobiety, różniące się wiekiem, temperamentem, wykształceniem, zawodem. Łączy je duży stół, przez dwie godziny zarzucony różnobarwnymi motkami wełny. I pragnienie, by to, co wyjdzie spod ich palców, przyniosło innym choć odrobinę radości i ciepła.

Książka z przeceny – pomysł na wagę złota

Fundacja „Nadaktywni” powstała dzięki entuzjazmowi matki i córki: Urszuli i Zuzanny Zalewskich. Jedną z wieloletnich pasji pani Uli, oprócz pracy zawodowej i dbania o dom rodzinny, było dzierganie swetrów na drutach. Gdy już cała rodzina została nimi hojnie obdzielona, jej córka, instruktorka tanga argentyńskiego i tańca jazzowego, wpadła na pomysł, by z wełnianymi upominkami powędrować dalej. – Natrafiłam na tanią książkę, której główna bohaterka, zmagając się z przeciwnościami losu i z rakiem, założyła sklep z włóczkami i by lepiej funkcjonować psychicznie, na drutach dziergała koce, oddając je potem do domów opieki społecznej. Pomyślałam więc, by spróbować przenieść tę inicjatywę na gdyński grunt. I udało się! – uśmiecha się Zuzanna.

Na samym początku wystarczył entuzjazm pani Uli oraz otwarte serca ludzi dobrej woli. Dzięki nim przez pierwsze pół roku w charytatywne dzierganie nie zainwestowano ani złotówki. Najróżniejsze osoby, zachęcone ogłoszeniami w prasie i w internecie, przynosiły swoją włóczkę, po czym… zostawały, zauroczone atmosferą spotkań. – Bywało na nich 20, ale i 50 osób. Do dziś pozostało 35 pań, na które zawsze możemy liczyć – podkreśla pani Ula. Nie chcą podawać nazwisk. Tak jest bardziej rodzinnie.

Koce przetykane wzruszeniem

Różnobarwne koce, mięciutkie skarpetki dziecięce, wytworne szale damskie i męskie – to tylko część prawdziwych dzieł sztuki dziewiarskiej, będących owocem aktywności „Nadaktywnych”. Ich wyroby trafiają do domów opieki społecznej, do Ośrodka Adopcyjnego w Gdyni-Demptowie, do hospicjum, na oddziały onkologii dziecięcej, do ośrodka dla dzieci niesłyszących w Wejherowie.

Jak odbierają te upominki obdarowani? – W ośrodku adopcyjnym kocyki zostały rozłożone w łóżeczkach i… raptem wszystkie dzieci też znalazły się w łóżeczkach, wtulone w nowe mięciutkie okrycia. Natomiast w domu opieki społecznej starszy pan przytulił koc i zapytał nieśmiało, czy może go wziąć na zawsze. Trzymał go na kolanach i głaskał delikatnie – pani Grażyna wzrusza się na samo wspomnienie tamtych chwil. Wszystkie panie zgodnie potwierdzają, że to nie sam koc czy szal, choć piękny, jest najcenniejszy.

– Myślę, że osoby, z którymi się spotykamy, czują, że za tą konkretną rzeczą kryje się duży kawałek serca i czasu. A jeszcze bardziej to, że ktoś o nich myślał, nizając kolejne oczka – podkreśla pani Renata. I dodaje: – Wszystko, co robimy razem, kryje w sobie autentyczne silne emocje. Dzięki temu jest porywające, bo jest prawdziwe i przekonuje innych, by też włączyli się we wspólne dzierganie.

Wspaniałym przykładem, że nigdy nie jest za późno, by zrobić coś pięknego dla innych, jest pani Krysia, poruszająca się od dzieciństwa na wózku inwalidzkim, a mieszkająca na co dzień w jednym z gdyńskich domów opieki. – Kolejne sztuki odzieży wychodzą spod jej palców, a my tylko dowozimy włóczkę. Zaś gdy spotykamy się na jakichś imprezach, to panowie z jednej z korporacji taksówkowych przewożą ją za darmo. W ten sposób dobro zatacza coraz szersze kręgi – uśmiecha się pani Ula.

Gdyńskie Rybki w sweterkach

11 czerwca 2011 roku spacerowicze odwiedzający gdyński Bulwar Nadmorski przecierali oczy ze zdumienia. Obydwie rybki strzegące wejścia na plażę miejską przystrojone zostały w żółto-niebieskie sweterki, nawiązujące kolorystyką do barw klubu Arka Gdynia. Również okoliczne latarnie otrzymały gustowne włóczkowe wdzianka. A to wszystko za sprawą mobilnej i międzymiastowej ekipy „Manual Factory”, w skład której wchodziły panie nawet ze Starogardu Gdańskiego i Tczewa. To wszystko działo się w Międzynarodowym Dniu Dziergania w Miejscach Publicznych. Również w tym roku pasjonatki dobroczynnych robótek ręcznych pragną wyjść na ulice. Ale przyłączyć się może do nich zawsze i każdy. Wystarczy chęć i zapał.

 

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja