Zastrzyk optymizmu

– Kawę z miłością czy z uśmiechem? – pyta młody student, wychylając głowę z okienka. Jego radosny wzrok rozświetla ciemne, szpitalne korytarze Kliniki Hematologii przy ul. Pasteura we Wrocławiu, gdzie grupa z Fundacji „Dobrze, że jesteś” prowadzi bufet i poczekalnię.

Reklama

Pozornie funkcjonujemy jak zwykły bar czy kawiarnia, ale do napojów zawsze dodajemy serdeczny uśmiech – koordynatorka wolontariuszy Elżbieta Kraszkiewicz oprowadza po niewielkim pomieszczeniu „Przyjaznej Poczekalni”. Chorzy leżący na oddziale mogą tu skorzystać z Internetu lub wypożyczyć książkę. Na korytarzu gęsty tłum pacjentów czekających na rozmowę z lekarzem. – Z tymi rozmowami nieodłącznie jest związane wielkie napięcie i emocje pacjentów – wyjaśnia. – Ludzie mają prawo być podenerwowani czy przygnębieni. I tu jest miejsce na nasze działanie.

Piorunochrony

W procesie walki z chorobą najważniejszą rolę pełni lekarz – zaznacza Ela, podkreślając, że medykom brakuje niekiedy czasu na zadbanie o stan emocjonalny pacjenta. – Chory, wychodząc z gabinetu, pozostaje sam ze swoimi rozterkami, obawami o zdrowie i życie. My dajemy zastrzyk optymizmu, próbujemy wskazywać radośniejszą stronę codzienności – wyjaśnia jedna z wolontariuszek Magdalena Ksol. – Czasami wystarczy pokazać wiosnę za oknem, jednak nic na siłę – mówią dziewczyny. – Jeśli pacjent chce tylko posiedzieć w innym otoczeniu niż szpitalna sala z białym łóżkiem, nie naciągamy na pogaduszki. Dajemy jedynie dyskretny sygnał, że jesteśmy do dyspozycji – mówi Ela, a Magda dodaje: – Trudne momenty to te, kiedy pacjent przychodzi do nas, by się wyżalić, czasem także wypłakać. – Nie wolno nam mówić: „Będzie dobrze”, bo nie wiemy, czy tak się stanie. Pacjenci znają swoje wyniki i rokowania. Nasze zapewnienia mogą brzmieć fałszywie, być nieadekwatne do sytuacji. Mówimy – tylko i aż: „Proszę się nie martwić, spojrzeć choć trochę optymistycznie na świat” – opowiadają o spotkaniach z chorymi Magda i Ela.

Wielu pacjentom z wolontariuszami rozmawia się łatwiej niż z rodziną. Chorzy nie chcą najbliższych martwić, boją się mówić, że coś ich boli. Wiedzą, że najbliżsi zaraz zaczną się zastanawiać, czy to nie jest oznaką rozwoju choroby. – Pełnimy rolę piorunochronów – uśmiecha się Magda. – Chorzy poprzez rozmowę z nami uwalniają się od swoich złych emocji. I o to chodzi.

Uzależnieni od uśmiechu

Wolontariuszki, przytaczając statystyki, zwracają uwagę, że wielu chorych opuszcza klinikę jako osoby zdrowe. Obie jednak przeżyły już moment najtrudniejszy – śmierć pacjenta. – To był bardzo młody chłopak, 2–3 lata młodszy ode mnie – opowiada Magda. – Pochodził z miejscowości o 30 km oddalonej od mojego miasta rodzinnego, więc wydawał się sąsiadem. Niestety lekarzom nie udało się opanować przerzutów. Wolontariusze, którzy odwiedzali go na sali, mówili, że do końca się uśmiechał… Potrzeba czasu, by przestało boleć – pomagają rozmowy z innymi wolontariuszami, panią psycholog pracującą w fundacji. – Takie zdarzenia przede wszystkim jednak mobilizują do kolejnych dyżurów – podkreślają wolontariuszki.

Ela i Magda są studentkami. Grupa wolontariuszy skupiona wokół „Przyjaznej Poczekalni” to 15 osób, głównie dwudziestokilkuletnich, choć są i osoby starsze, które na dyżury wolontariusza przeznaczają wolny czas emeryta. Jak trafiły do fundacji? – Zastanawiałam się, co zrobić z wolnym czasem – wspomina Magda. – Szukałam zajęcia dobrego, sensownego, chciałam robić coś pożytecznego dla innych. Nie spodziewałam się, że sama dostanę dużo, dużo więcej – dodaje. – Chorzy uczą nas optymizmu, niepoddawania się bez walki – uzupełnia Ela. – Nauczyłam się traktować z dystansem swoje problemy – dorzuca Magda. – A teraz uzależniłyśmy się już od uśmiechu, z którym witają nas każdego dnia pacjenci – podsumowują wolontariuszki.

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama