Anioł rozpalił serca

Życie pokazuje, że można otworzyć serce dla każdego dziecka – nieważne ile ich jest – a miłość sama będzie się mnożyć.

Reklama

Mamy pięcioro biologicznych dzieci – czterech synów i jedną córkę. W 1996 roku przyjęliśmy pierwsze dziecko. Lubię opowiadać historię naszej familii, bo pokazuje, że nasze życie jest piękną przygodą, drogą do szczęścia – tak rozpoczyna swą rodzinną opowieść Helena Sajak.

200 pierogów

Urzędowo jest dyrektorem Placówki Rodzinnej nr 6 w Radomiu, ale mówi o sobie, że jest mamą, i to dla niej najpiękniejsze. W ten sposób może się spełniać i realizować swoją pasję. Taką zwyczajną: pranie, gotowanie i na przykład zrobienie 200 pierogów. – Jestem mamą dla tych wszystkich dzieci. To dla mnie ogromne wyróżnienie i największy zaszczyt, jaki może spotkać kobietę, i za to dziękuję Panu Bogu – mówi. Gdy przychodzi wieczór, wszystkie dzieci stają do niej w kolejce, by je przytuliła, zrobiła krzyżyk, coś powiedziała. Pani Helena w radomskiej Budowlance pracowała jako katechetka i prowadziła zajęcia z przygotowania do życia w rodzinie. Gdy do ich rodziny dołączył Danielek, zrezygnowała z pracy w szkole i zajęła się domem. Dziś rodzina państwa Sajaków jest bardzo liczna. Najstarszy syn Andrzej ma żonę Annę i dwóch synów Gabrysia i Marka, potem jest Paweł, Piotr, Małgosia i Jakub. Do tej gromadki dochodzą Ania, Monika, Damian, Ewa, Marta, Danielek, Michał i Maksymilian. Był jeszcze Dominik, ale gdy skończył 20 lat, wrócił do swojej biologicznej rodziny. – Jakoś tak się samo złożyło – dodaje pani Helena – że jak przyjmowaliśmy nowe dzieci, to każde z naszych biologicznych brało jedno tak spontanicznie pod opiekę. Mijają lata, a one wciąż sobie nawzajem pomagają.

A tak to zaczęło się przed laty. Dariusz Sajak, tak jak żona absolwent teologii, obecnie katecheta w Zespole Szkół Elektronicznych, wtedy jeszcze pracował w domu dziecka. Syn Piotr wyraził pragnienie, żeby zaprosić do nich do domu kogoś z podopiecznych. – Myślałam sobie: jesteśmy taką szczęśliwą rodziną, można by się przecież tym szczęściem dzielić… Mąż powiedział, że w placówce na wakacje zostanie tylko dwóch chłopców; wszystkie pozostałe dzieci gdzieś wyjechały. Postanowiliśmy więc zabrać tych chłopców na kilka dni na wieś. W efekcie zostali do końca lata. Jeden z nich, Dominik, tak się z nami związał, że nie chciał odejść, i tak staliśmy się rodziną zastępczą. Gdy go przyjęliśmy, okazało się, że w naszym domu stało się jakoś jaśniej. Doświadczyliśmy, że dzielenie się miłością i tym, co mamy, nie jest dla nas stratą, ale nas ubogaca – opowiada pani Helena.

Papież zadziałał

Kilka lat później pan Dariusz opowiedział żonie o bardzo upośledzonym i kalekim czteroletnim Danielku, który pomimo zgłoszenia go do adopcji w kraju i za granicą, nie znalazł domu. Pojechali odwiedzić chłopca z nastawieniem, że być może zabiorą go do siebie. – Gdy zobaczyłam to dziecko, ogarnęło mnie przerażenie. Sama nie wiem, skąd wziął się strach. Miałam wrażenie, że gdy go dotknę, to zemdleję. Mąż wziął go na ręce, chłopczyk miał sprawne tylko rączki. Ja zajęłam się małą Ewą, która też przebywała w Domu Małego Dziecka w Kozienicach i nie opuszczała Danielka na krok – wspomina pani Helena. Gdy wrócili do domu, włączyła radio i słuchała, o czym mówi Jan Paweł II, który akurat w tym czasie był w Krakowie. Usłyszała: „Wypłyń na głębię i nie bój się”. Słowa zaczęły działać. Zaczęła pytać samą siebie, dlaczego boi się tego niewinnego dziecka, które potrzebuje tylko pomocy. Strach powoli mijał. Postanowiła spróbować jeszcze raz. Pojechali do Kozienic z dwójką młodszych dzieci, Małgosią i Kubą. – To było dla mnie niesamowite doświadczenie – przywołuje wzruszona to spotkanie. – Dzieci pokazały mi, że najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu. Po powrocie opowiadały, jaka piękna jest Ewunia i jaki piękny Danielek. Prosiły, żeby mogli z nami zamieszkać. Pan Dariusz bardzo dobrze pamięta, jak wyglądał dzień, w którym po raz pierwszy przywiózł dzieci do domu. – Nie chciały spać z nikim innym, tylko ze mną. Leżałem pośrodku, a one kurczowo mnie trzymały. Jakby się bały odrzucenia. Znalazły ludzi, którzy je przyjęli, i nie chciały tego stracić – wspomina.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama