Chińska Irena Sendlerowa

Lou Xiaoying ma w sobie coś z Matki Teresy z Kalkuty, Janusza Korczaka i Ireny Sendlerowej.

Reklama

Lou jest dziś 88-letnią wdową, cierpi na niewydolność nerek. Ale w ciągu ostatnich 40 lat uratowała życie ponad 30 dzieci, w tym niemowląt, porzuconych na ulicach albo w koszach na śmieci w jej rodzinnym Jinhua. Czworo z nich wychowała wraz z jedyną biologiczną córką. Pozostałym znalazła dom.

Ostatniego, najmłodszego synka znalazła 5 lat temu. Nazwała go Zhang Qilin, co oznacza rarytas, coś rzadkiego i cennego zarazem.

- Co z tego, że się starzeję. Nie mogłam tak po prostu zostawić go na śmierć na śmietniku. Wyglądał tak słodko i był w potrzebie. Musiałam zabrać go ze sobą do domu – powiedziała Lou dziennikarzowi „Daily Mail”

Pierwszą dziewczynkę znalazła na śmietniku w 1972 r.
- Umarłaby, gdybyśmy jej nie uratowali. Zdałam sobie sprawę, że skoro mamy dość sił, by odzyskiwać śmieci, to jak moglibyśmy nie odzyskiwać ze śmietników czegoś tak ważnego, jak ludzkie życie - mówi kobieta, która żyła z tego, co znalazła w śmietnikach.
Jej przykład zawstydza sytych ludzi Zachodu. Wstrząsa także lokalną społecznością chińską.
- Ona zawstydza rząd, szkoły, ludzi, którzy stoją i nic nie robią. Nie miała władzy ani pieniędzy, a uratowała dzieci przed śmiercią albo i czymś gorszym - stwierdził jeden z jej chińskich fanów.
Od redakcji:
Lou Xiaoying jest jak Matka Teresa z Kalkuty, bo wynajdowała swe dzieci, gdy konały na bruku i na śmietnikach. Jest jak Janusz Korczak, bo dała im dom. Jest też trochę jak Irena Sendlerowa. Trochę, bo za pomoc porzuconym dzieciom nie groziła jej śmierć; nawet oficjalna chińska agencja prasowa poświęciła jej tekst. Trudno jednak zaprzeczyć, że Lou - podobnie jak Sendlerowa - dała świadectwo świętości ludzkiego życia w państwie, w którym panuje ideologia wroga życiu.
To się nazywa polityka jednego dziecka. W jej ramach dochodzi do przymusowych, masowych aborcji. Mordowanie dzieci po urodzeniu jest formalnie zakazane, ale polityka państwa w istocie sprzyja plenieniu się dzieciobójstwa. Rzecz w tym, że w miastach wolno mieć jedno, a na terenach wiejskich - także drugie dziecko, jeśli pierwszym jest dziewczynka. Skutek? Rodzice czują zakorzenioną w tamtejszej tradycji presję, by zrodzić syna. Bywa, że jeśli urodzi się córka, nie zgłasza się jej narodzin i zabija albo porzuca.
Mówi się, że kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat. Lou Xiaoying uratowała więc niejeden świat. Pokojowa Nagroda Nobla nie byłaby za to zbyt wielką zapłatą.
(Zdjęcia Lou znajdziesz na stronie „Daily Mail” oraz na stronie, poprzez którą zbierane są środki na leczenie Lou.)

 
«« | « | 1 | » | »»

TAGI| CHINY, ABORCJA

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama