Pro-life po szwedzku

O walce o życie, emigracji zakończonej powrotem na misje do swojego kraju i namacalnym działaniu Boga opowiada Gunilla Gomér, szefowa „Ja till livet”, szwedzkiej organizacji pro-life.

Reklama

Ta historia nie rozpoczęła się w czasie próby chóru w salce parafialnej nieopodal lodowca, ani na kameralnym spotkaniu wspólnoty.

– Gdy byłam nastolatką, zupełnie nic nie łączyło mnie z Bogiem i Kościołem. Nie miałam żadnych znajomych, którzy byliby chrześcijanami. Jedynym wspólnym ogniwem była modlitwa „Ojcze nasz”, której nauczyłam się i odmawiałam ją przed zaśnięciem – wspomina Gunilla Gomér, stojąca dziś na czele „Ja till livet” (Tak dla życia). To liczące ponad 18 000 członków stowarzyszenie jest jedną z kilku organizacji pro-life działających w Szwecji. Gunilla jest politykiem i reprezentuje Chrześcijańską Demokrację w radzie gminy Alingsås oraz w sejmiku prowincji Västra Götaland. Startowała w wyborach do parlamentu w 2010 roku, ale do uzyskania mandatu zabrakło jej 80 głosów. Nazywana nieraz ekstremistką i fundamentalistką. Krytykowana nawet we własnej partii, która bojąc się utraty wyborców, nie wysuwa już postulatów zakazu aborcji.

Kawa, gofry i… uzdrowienie
Będąc jeszcze w gimnazjum, Gunilla podejmuje pierwszą pracę. Pracuje w sklepie. Wkrótce zostaje jego szefową. Po sześciu pracowitych latach postanawia wyjechać do Stanów. Chce zwiedzać świat, jeździć na ukochanych nartach i poznać, jak smakuje american dream. Pakuje 4 pary nart, najpotrzebniejsze rzeczy i wyrusza w drogę. Na miejscu kupuje samochód kempingowy, by móc łatwiej przemieszczać się pomiędzy ośrodkami narciarskimi.
Pewnego dnia dociera do San Francisco. Tylko na trzy dni, aby odwiedzić znajomych. Podczas spaceru po mieście zauważa szyld „Kawa i gofry”. Dla Szweda to dobrze znana kombinacja. Wchodzi do środka, nie wiedząc, że w budynku mieszczą się Skandynawski Dom Marynarza oraz Kościół Szwecji (luterański). Pierwsze kościoły marynarskie zakładano w miastach portowych już pod koniec XIX wieku. Główny cel? Opieka nad marynarzami oraz udzielanie im pomocy w przypadku kłopotów osobistych. W praktyce – ostoja szwedzkości po drugiej stronie oceanu. Gunilla przegląda szwedzką prasę. Nostalgia miesza się ze słodkim zapachem szwedzkich gofrów. Pachnie domem.

– Miałam w tym czasie kłopoty z kręgosłupem. Silny ból spowodowany problemem z dyskiem. Oczywiście poszłam do lekarza, ale nie odczułam żadnej poprawy. Gdy byłam w kościele, podeszła do mnie grupka szwedzkich nastolatek. Zauważyły, że bardzo bolą mnie plecy i zapytały, czy mogą się za mnie pomodlić. Uznałam, że modlitwa raczej nie zaszkodzi i zgodziłam się.

Dziewczyny modliły się, aby Bóg zamanifestował swoją obecność, uzdrawiając Gunillę z bólu pleców. 

– Następnego ranka obudziłam się w doskonałej formie. Nic mnie nie bolało. Rozpłakałam się z wrażenia. Coś zmieniło się we mnie w czasie tej modlitwy. Zrozumiałam wtedy, że śmierć Jezusa za moje grzechy to nie jakiś wytarty slogan. Poczułam, że On autentycznie mnie kocha i zniósł potworne cierpienie właśnie dla mnie. To tak, jakby ktoś dał mi miłość, której wcześniej cały czas szukałam po omacku. Miałam w sobie wcześniej pustkę, którą starałam się zapełnić podróżami, pracą, nowymi wrażeniami. Dopiero teraz poczułam, że Bóg wypełnił tę przestrzeń swoją miłością. Jeszcze tego samego dnia zapukałam do drzwi kościoła. Potrzebowałam rozmowy z kimś, kto by mną pokierował. Dostałam tam Biblię, którą czytałam z wielkim entuzjazmem. Naprawdę! Ktoś zasugerował, żebym zaczęła od Nowego Testamentu. A ja z równie dużym zainteresowaniem rozczytywałam się w Starym, wszystko układało mi się w logiczny ciąg. To, co przeżyłam w San Francisco, sprawiło, że czułam się, jakbym wróciła do domu, mimo że znajdowałam się tak daleko od mojego prawdziwego domu, daleko od Szwecji.

Uzdrowienie, które nastąpiło w czasie pierwszej wizyty w kościele, było trwałe.

– Zostałam w San Francisco trzy lata. Bóg otoczył mnie cudownymi ludźmi. Doświadczyłam tam wspaniałej wspólnoty. Chrześcijanie, których tam poznałam, pomogli mi znaleźć mieszkanie. Dostałam pracę, zajmowałam się malowaniem ścian i opieką nad dziećmi. Praca wiązała się z dojazdami i bardzo potrzebowałam taniego samochodu. Modliłam się o rozwiązanie tej kwestii i pewnego dnia podszedł do mnie w kościele nieznany mi mężczyzna. Po krótkiej rozmowie zaprosił na obiad do swojej rodziny. Mieli kilkoro dzieci i mieszkali w dość spartańskich warunkach, posiadali dwa samochody. Powiedział mi, że mogę wziąć jeden z nich, aby dojeżdżać do pracy. Ku mojemu zdumieniu usłyszałam, że dostanę go za darmo pod warunkiem, że dam go kiedyś komuś, kto będzie potrzebował samochodu. Bóg rozwiązał mój problem w okamgnieniu! Takich doświadczeń opieki Boga było więcej.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • asla73
    18.09.2012 09:20

    cyt. z artykułu ”… Dziecko ma już 20 tygodni. Kobieta, u której przeprowadzano aborcję, otrzymała środek, który miał zabić dziecko. Następnie miała urodzić je martwe. Kiedy dziecko urodziło się, zobaczyliśmy, że stało się to, co niemożliwe. Ono nadal żyło i próbowało zaczerpnąć powietrza. Poinstruowano mnie, że mam zabrać je tak, aby matka nie widziała dziecka. Następnie włożyć je do specjalnie przygotowanej misy i…przykryć pokrywą tak, aby odciąć mu dopływ powietrza. Miałam trzymać tę pokrywkę tak długo, aż dziecko przestanie oddychać. Później miałam włożyć je do plastikowej reklamówki z napisem „odpady do spalenia”…” - to cytat z powyższego artykułu . Cisza… .

    Inna sytuacja : KTOŚ X „odcina dopływ powietrza” świeżo urodzonym kocięta/szczenięta - też z troski o to, by nie poszły byle gdzie - by nie cierpiały - (przypis. wcale tego nie popieram, lepiej pilnować ewent. sterylizować pupila). I KTOŚ Y (wrażliwy) widzi tamtego KTOSIA X jak dusił (np. w worku) i później spala w kotłowni małe "trupki" zwierząt, po czym opowiada tę haniebną historię w mediach (jeszcze dla smaczku ma filmik)- czego się spodziewam? - 100% świętego oburzenia - najpierw słowny lincz na tym pierwszym KTOSIU , później może i prokuratura - słowem KTOŚ X ma przewalone….

    Konkluzja moja - KTOŚ K (K - jak kłamca) - niezwykle skutecznie wmówił tak wielu, że człowiek jest mniej wart niż zwierzę.

    z życia: syn kolegi ma dziś 10l, zdrowy, zdolny talent muzyczny …. ale też wyczekany po kilkunastu latach starań… wcześniak - waga 900g.

    Czym się różnił od tamtego z artykułu? że tamten zabity niedoszły obywatel Szwecji - kilka tygodni krócej rósł schowany w brzuch matki, bo może nie był „wyczekany” i mógł przeszkodzić rodzicom w „karierze”, bo może nie dość zdrowy, bo może nie ta płeć … czy może wreszcie, bo nie był zwierzęciem tylko człowiekiem???

  • Hannaonline84
    18.09.2012 16:05
    Ja bym zdecydowanie odmówiła asystowania przy aborcji, a jeśli ktoś by mi kazał włożyć niemowlę i to żywe do jakiejś misy i trzymać pokrywę aż to dziecko się udusi to bym natychmiast z takiego miejsca uciekła, a może nawet zabrałabym to dziecko i wychowała jak swoje o ile nikt by mi nie zabrał wcześniej tego dziecka.
    Gdybym miała dusić dziecko to bym nie wybaczyła sobie chyba do końca życia.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama