Druh od Morse’a i gawędy

O organizacji obozów, zaopatrzeniowcu jeżdżącym rowerem, podpatrywaniu Kopernika i miłości do harcerstwa z prof. dr. hab. Leszkiem S. Jankiewiczem rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

Reklama

Agnieszka Napiórkowska: Mimo pracy naukowej, jakiej przez lata oddawał się Pan w Instytucie Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach, znajdował Pan także czas na pracę społeczną z dziećmi i młodzieżą. Skąd taka pasja?

Prof. Leszek S. Jankiewicz: – Moje dzieci zaczęły dorastać. Wiedziałem, że w wieku ponad 10 lat zaczną wyzwalać się spod mojego wpływu i poddawać się naciskowi grupy rówieśniczej. Chcąc mieć wpływ na to, co je kształtuje, postanowiłem zorganizować im taką grupę. I tak rozpoczęła się przygoda z obozami.

Na ich charakter, organizację i zasady miały też wpływ Pana osobiste doświadczenia związane z harcerstwem?

– W 1934 r., mając 9 lat, pojechałem na kolonie zorganizowane przez harcerki. To był wyjątkowy wyjazd. Do dziś pamiętam nasze mundurki, ogniska, nocne alarmy i wieczorne apele, na których – trzymając się za ręce – śpiewaliśmy „Idzie noc... Bóg jest tuż”. Wtedy rzeczywiście czułem, że Pan jest blisko. Tamten wyjazd, a także przykład mojego brata Adama, podharcmistrza w Piotrkowie Trybunalskim, entuzjasty harcerstwa, oraz moje późniejsze związanie się z Armią Krajową odcisnęły swój wyraźny ślad. I to one sprawiły, że – organizując obozy – robiłem je na wzór harcerski.

Pierwszy oboz odbył się w Sulejowie w 1967 r. Do dziś ma go Pan przed oczami?

– Nie tylko obóz, ale i 2-letnie przygotowania. Brało w nim udział 20 uczestników. Zaopatrzeniowcem był mój laborant Kazimierz Muszyński. Tuż przed wyjazdem powiedział mi, że – organizując taki wyjazd – ze względu na odpowiedzialność pakuję się do więzienia i że samego mnie nie puści. Towarzyszył mi przez kilka lat. Potrzebne produkty przywoził... na rowerze. Sami kucharzyliśmy. Pamiętam, że jednego dnia po południu kupiliśmy zabite kury i w obozie przy latarkach je patroszyliśmy, przy okazji odbywając lekcję anatomii. Innym razem niezapomnianą potrawę zrobiły dziewczęta. Wróciliśmy z wycieczki, a one przekonywały nas, że ugotowały jakiś specjał. Głodni otoczyliśmy kocioł. Kiedy podniosły pokrywę, z gara wyskoczyło kilkanaście żab. Podobnych żartów było więcej. W mojej pamięci obóz ten zapisał się jako bajkowy.

Kolejnym również niczego nie brakowało. Do dziś wspominam ogniska, szorowanie menażek piachem, warty, obrazkowy alfabet Morse’a i wycieczki z noclegiem w stodole...

– Organizując odpoczynek, stawiałem na naukę zaradności, lekcje patriotyzmu, opowiadanie gawęd, poznawanie różnych dzielnic Polski i naukę alfabetu Morse’a, którym rozmawialiśmy latarkami w czasie wart. Zwracałem też uwagę na przyrodę i wzajemną życzliwość. Nie zapominaliśmy też o modlitwie, a w niedzielę o Mszy św. W pracy z młodzieżą bliskie mi było hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna.

Wiem, że dla wielu uczestników jest Pan wzorem komendanta.

– To miłe. U skautów SHK jest taka zasada, że po 35. roku życia człowiek nie powinien być bezpośrednim wychowawcą dla młodzieży. Ja jestem jej kompletnym zaprzeczeniem. Mam 87 lat i w tym roku zorganizowałem jeszcze obóz. Robię to, bo uważam, że młodzież powinna uczyć się życia od starszych, a nie tylko od siebie. A poza tym, jeśli Bóg daje mi siły, to trzeba coś robić. Przez całe życie zgodnie z tą zasadą staram się wybierać rzeczy ważne i nie bać się rzeczy wielkich.

Podobne wyjazdy organizował Pan także w Meksyku?

– Tak. Spędziłem tam z przerwami 7 lat. Jedna znajoma z zaprzyjaźnionej rodziny, kiedy przyjechała do Polski, odwiedziła nas na obozie w Tykocinie. Tak jej się spodobało, że jak wróciłem do Meksyku, zaproponowała, abyśmy tam zrobili obóz. Pierwszy nie był zbyt liczny. W Meksyku nie ma zwyczaju urządzania takich obozowisk. Nawet skauci ograniczają się do wypadów 3-dniowych. Nasz, trwający 8 dni, był sensacją. Wielu rodziców obawiało się puścić z nami swoje dzieci. Obóz odbywał się w porze deszczowej. Przed zaśnięciem oglądałem dookoła nad pasmami górskimi tabuny błyskawic. Jeden dzień, w którym wybraliśmy się na wycieczkę, był pogodny. Szliśmy wiele godzin na szczyt Sierra Cuate, 3400 metrów n.p.m., podziwiając roślinność. Kiedy doszliśmy do wielkiej zielonej polany, porośniętej kolorowymi kwiatami, na środku której biły liczne źródła o krystalicznie czystej wodzie, pomyślałem, że podobnie musi wyglądać raj. Trzy kolejne obozy były równie fascynujące i z roku na rok coraz liczniejsze.

Chętnie powraca Pan też do wycieczek. Na jedną – z tego, co wiem – nie przyszły dzieci.

– Byliśmy umówieni na wycieczkę na górę Quetzaltepetl. Dzieci nie przyszły. Kierowniczka szkoły przekonała rodziców, że to takie  niebezpieczne. Z nauczycielką i jej koleżanką podjęliśmy decyzję, że idziemy sami. Godzinami przedzieraliśmy się przez las, po części spalony przez pożar. Gdy dotarliśmy na wierzchołek, moje towarzyszki niemal natychmiast zasnęły. Ja, kiedy pomyślałem o pumach, nie mogłem zasnąć. Trzymając w ręku kij, obserwowałem przesuwające się nade mną gwiazdozbiory ze wschodu na zachód. Pomyślałem, że Kopernik widział to samo i może w takim momencie dokonał swojego odkrycia... Moje rozmyślania przerwało przeciągłe „miau, miauuu!”.

To była puma?

– O tym chętnie opowiem podczas zamierzonej majowej wyprawy w 2013 r., która ma być zakończeniem moich przygód obozowych. Już dziś na nią zapraszam byłych uczestników.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama