Wiem, gdzie jest…

Nikt nie chce myśleć o czarnych scenariuszach w życiu. Oni też się go nie spodziewali. A jednak wiara i ludzie, którzy wsparli ich we właściwym czasie, pomogli w podjęciu właściwych decyzji.

Reklama

Miało już wykształcone serce i inne formujące się organy wewnętrzne, a główka z wyraźnie zarysowującą się twarzą na tym etapie była największa z całego ciała. Taki był Okruszek, gdy jego serce przestało bić w siódmym tygodniu życia płodowego. Ola i Jakub z Płocka, pochowali swoje dziecko. To, co przeżyli i nadal przeżywają, stało się kołem zamachowym, które uruchomiło w Płocku inicjatywę uczczenia pamięci dzieci utraconych na szerszą skalę. Na razie wiadomo, że co roku 15 października będzie odprawiana Msza św. za rodziców takich dzieci w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, ale czekają oni na jeszcze na inną ważną inicjatywę – na pomnik dziecka utraconego. Ola i Jakub mieli szansę przejść przez to doświadczenie trochę jak po stromych schodach, ale z dobrze zabezpieczoną poręczą. Mówią, że Ktoś ciągle nad nimi czuwał, dlatego gotowi są podzielić się swoimi przeżyciami z małżeństwami w podobnej sytuacji.

Próba wojowników

Początek był niemal euforyczny. – O tym, że zostaliśmy rodzicami, dowiedzieliśmy się na rekolekcjach wakacyjnych wspólnoty Przyjaciół Miłości Miłosiernej w Andrzejówce, które prowadzą Monika i Marcin Gajdowie. Świętowała wtedy z nami setka ludzi. I tego dnia od razu poszliśmy przed Najświętszy Sakrament ofiarować życie naszego dziecka – opowiada Jakub. Razem są we wspólnocie Wojsko Gedeona, która zawiązała się w naszej diecezji 10 lat temu. – Ona ma formować wojowników wiary, ludzi, którzy mają odwagę przyznawać się do Boga – przypominają rodzice zmarłego Okruszka. W Andrzejówce nie mogli wiedzieć, że Pan Bóg wystawi ich na próbę, chociaż później dostrzegli pewne wskazówki. – Na tych rekolekcjach był rozważany fragment Pisma Świętego o bogatym młodzieńcu i o posiadaniu dóbr, także duchowych. I można powiedzieć, że ten fragment słowa Bożego w pewien sposób nas ściga. Bo to posiadanie odbieraliśmy bardzo w odniesieniu do naszego dziecka. Chcieliśmy bardzo je mieć. I na pogrzebie było to samo słowo. Czuliśmy więc, że Bóg ma swój plan, że jeśli tak robi, to być może jest to po coś – wspomina Jakub. Oboje mówią o tym, bo ich doświadczenie trudno jest zrozumieć bez kontekstu, jakim dla nich stały się wiara i wspólnota. Ola, która na sali szpitalnej trzymała w garści różaniec, wierzy, że tam, w szpitalu, i po pogrzebie prowadziła ją Maryja. – Miałam wtedy poczucie, że nikt mnie nie zrozumie jak Ona, bo współcierpiała z Jezusem – mówi młoda mama dziecka utraconego. – Mamy bardzo głębokie przeświadczenie, że byliśmy prowadzeni. Wszystko pojawiało się w odpowiednim momencie. Na przykład w dniu, kiedy Ola trafiła do stołecznego Szpitala Specjalistycznego św. Zofii na ul. Żelaznej, przyszli do nas przyjaciele, którzy mieszkają i pracują w Warszawie, dali nam klucze do swojego mieszkania, tak że mogliśmy się tam zatrzymać. Dostaliśmy też od nich gazetę, w której krok po kroku wyjaśnione było, co możemy w takiej sytuacji zrobić, żeby pochować nasze dziecko – dodaje mąż Oli.

Schody do pokonania

Gdy badanie USG kończy się diagnozą o śmierci dziecka, to jest szok, i dlatego, podkreśla Ola, ważna jest wtedy obecność i rola mężczyzny, który mniej kierując się emocjami, może podjąć racjonalne decyzje. O tym, że serce dziecka przestało bić, dowiedzieli się na badaniach w Płocku w jednym z prywatnych gabinetów, ale jeszcze szukali nadziei u specjalisty w Warszawie. Trafili do dr Ewy Ślizień-Kuczapskiej, prezes Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Naturalnego Planowania Rodziny. – Mogliśmy razem być na tym badaniu. Pani doktor na USG opisywała nam nasze dziecko: tu jest główka, tu powinno być serduszko, a nie bije. Potraktowała nasze dziecko jak człowieka i to było dla nas naprawdę bardzo ważne – podkreśla Ola. Ważne było też pytanie: „Czy państwo chcą pochować dziecko?”. Niestety, nie zawsze pada ono w takich przypadkach ze strony lekarzy. Jedna z koleżanek Oli w podobnej sytuacji usłyszała: „Takich małych się nie chowa”. Rodzice czasem przyjmują taki argument i trudno się dziwić, bo sytuacja jest traumatyczna. Problem jednak tkwi też w braku wiedzy i obawach, czy taka procedura jest możliwa. Tymczasem prawo do odbioru ciała dziecka i pochówku jest podstawowym prawem rodzica, o czym można przeczytać na specjalistycznej stronie internetowej poświęconej problemowi poronienia. To także tam Ola i Jakub odnaleźli wiele potrzebnych informacji. Od początku więc deklarowali w szpitalu, że chcą wziąć ciałko swego dziecka, kiedy opuści organizm Oli podczas wywoływanego poronienia. Wiedzieli też, że mają prawo do rejestracji dziecka (bez względu na czas zakończenia ciąży, jak podaje prawodawca) w Urzędzie Stanu Cywilnego, w ich przypadku w Warszawie, bo tam nastąpiło poronienie. Do USC natomiast trzeba udać się z pisemnym zgłoszeniem urodzenia dziecka, które wystawia szpital. Z kolei urząd wydaje akt urodzenia, z adnotacją, że dziecko urodziło się martwe. Zdaniem Oli i Jakuba niewiele osób wie o pomocy finansowej, która należy się osieroconym rodzicom, a ona przecież pozwala godnie pochować dziecko. To kolejne podstawowe prawo rodziców, którzy stracili potomstwo, także w okresie prenatalnym – prawo do pełnego zasiłku pogrzebowego, do wypłaty z ubezpieczenia i ośmiotygodniowego urlopu macierzyńskiego. I co szczególnie ważne – do pochowania ciała dziecka.

Zostaje nadzieja

– Odebraliśmy ciałko ze szpitala, przyjechaliśmy prosto na cmentarz i tam spotkaliśmy się z księdzem i z najbliższymi. Było krótkie nabożeństwo przy grobie, a później pojechaliśmy na Mszę św. do Orszymowa – wspomina Ola. Ich Okruszek (w USC nadali mu imię Jan) został pochowany na cmentarzu, w rodzinnym grobowcu w Bodzanowie, skąd pochodzi Ola. Są bardzo wdzięczni księżom, którzy wtedy sprawowali obrzędy i modlili się razem z nimi: ks. Jackowi i ks. Grzegorzowi. – Dla mnie jako matki jest bardzo ważne, że wiem po prostu, gdzie jest ciało mojego dziecka. Że nie zostało przeznaczone do utylizacji czy na badania histopatologiczne, tylko jest z szacunkiem pochowane w grobie – mówi młoda mama Okruszka. – Mamy też takie poczucie spełnienia obowiązku jako rodzice – dodaje Jakub. Jego żonie jednak nie dawało spokoju to, że problem, który dotknął ich bezpośrednio, jest bagatelizowany, przemilczany lub ubierany w medyczne eufemizmy typu „poronienie”. Dlaczego w Płocku nie mówi się o tym, nie robi się nic w tej sprawie? – rozpaczała Ola, gdy zbliżał się Dzień Dziecka Utraconego. Wysłali mejl do Wydziału Duszpasterskiego kurii i czekali. Kiedy nastał taki wyjątkowo trudny dzień, gdy wydawało się, że nic już nie da się zrobić, przyszła odpowiedź. – Zadzwonił ks. Jarosław Kamiński i zaczął wymieniać dokładnie te inicjatywy, o których mówiła mi wcześniej Ola – wspomina Jakub. Dzięki temu w tym roku w Płocku odbyła się specjalna Msza św. w Dniu Dziecka Utraconego, w intencji ich rodziców. – Był taki moment, gdy ks. Jarek dziękował wszystkim zaangażowanym w liturgię, dodał wtedy: „Chcę podziękować jeszcze jednej osobie”. Zastanawiałam się, komu, przecież wszyscy byli wymienieni. A ksiądz powiedział: „Chcę podziękować Okruszkowi i wszystkim Jasiom, Gosiom…”. I ja pomyślałam: „Okruszku, naprawdę jesteś święty” – opowiada Ola. Wiadomo już, że za rok także będzie odprawiona Msza św. w Dzień Dziecka Utraconego. Czy będzie pomnik? Na razie są prowadzone rozmowy pomiędzy kurią diecezjalną a płockim Ratuszem, by uregulować prawnie kwestię pochówku takich dzieci, których rodzice nie odebrali. Takie miejsce znalazłoby się na jednym z płockich cmentarzy. – Myślę, że to wszystko jest potrzebne – mówi Ola – Dzięki temu uczczona jest pamięć tych dzieci i pokazane to, że to życie miało sens. Że to w ogóle było życie ludzkie.

Ważna strona dla osieroconych rodziców: www.poronienie.pl

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama