Bajka o Nadziei

Jak ludzie czuli, kim jest król, to czuli także, że każdy z nich takiego swojego króla mieć powinien. A razem z królem pewne zasady, reguły, wartości.

Reklama

Bajka czy historia? Oczywiście, o króla dziś pytam. Bo król królował w bajkach. Królów, księżniczek i rycerzy w bajkach już nie ma. Nawet Reksia już nie ma, ani Bolka i Lolka. Bo i bajek już nie ma. W każdym razie tamte bajki nie mają już takiego wzięcia u maluchów jak kiedyś. A historia? Z historią gorzej niż z bajkami. Programy oświatowe od lat historię rozłożyły.

Najpierw w podstawowych, teraz w średnich szkołach. Zabijając bajki i historię, królów usunięto ze świadomości społecznej. Jeszcze tacy staruszkowie jak ja coś czują. Młode pokolenie tylko przez grzeczność przytakuje, gdy o królu mówimy. A jeszcze ci królowie, których w telewizji zobaczyć można... Garnitur, jakaś szarfa, korona w skarbcu muzealnym zamknięta. A do tego wszystkie skandale królewskich rodzin. I o czym tu mówić. A króla to każdy mieć musi – tak czy owak. Nie prezydenta – bo taki to jest na kadencję albo dwie. No i można się też posłużyć procedurą impeachmentu. W polityce rzadko się to zdarza, bo prezydenci zwykle dobrze się trzymają. Ale w życiu prywatnym, osobistym, moralnym nieraz człowiek zmienia swojego wewnętrznego... No właśnie? Króla czy prezydenta? I tu jest sedno sprawy. Bo jak ludzie (od dziadków po prawnuki) czuli, kim jest król, to czuli także, że każdy z nich takiego swojego króla mieć powinien. Nie idola, nie wzór, nie przykład – ale króla. A razem z królem pewne zasady, reguły, wartości, cele na dziś i na zawsze. To wszystko na naszych oczach rozsypuje się w proch. Zasad nie ma. Reguły (nawet prawne) zmienia się zupełnie dowolnie. Wartości są cenne tylko miarą pieniądza. Cele na dziś – to byle się nie zmęczyć. A na zawsze? Takich celów już nie ma. Przesadzam? Może. Ale przemiany naszego świata w tę stronę idą. Naszego – polskiego, europejskiego, atlantyckiego. Z korzeni chrześcijańskich wyrosłego świata. Szkoda, że nie mamy bajek z królami w roli głównej. Szkoda, że obrazy takie jak „Batory pod Pskowem” Matejki albo „Carowie Szujscy przed Zygmuntem” nie rozgrzewają naszego wnętrza. Najbardziej jednak szkoda, że Jezus przestał być najważniejszy. On gubi się nawet w gąszczu programów katechetycznych i duszpasterskich. Jasne – jest w nich, ale bardziej jako litera, jako „coś”, nie jako żywy król. Mój Król. Nawet nie „nasz”, a właśnie „mój”. Zdradzę wam jednak, że znam trochę ludzi, dla których Jezus to nie tylko ogromny posąg, nie tylko czerwony płaszcz, nie tylko sympozjum teologiczne, nie tylko wspaniała świątynia. To po prostu Ktoś Najważniejszy. W nich żyje Kościół.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama