Siostra jak mama

Są pod telefonem dzień i noc. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zadzwoni, że trzeba przyjechać po dziecko, które pozostało bez opieki.

Reklama

Te ostrowieckie dobre mamy ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi przybyły do hutniczego miasta prawie 85 lat temu, by w rozbudowującym się przemysłowo ośrodku zadbać o najbiedniejsze i osierocone dzieci. Dziś prowadzą kilka placówek, w tym przedszkole, podstawówkę i ośrodek opiekuńczo-wychowawczy. Dzięki nim osiemnaścioro dzieci porzuconych przez naturalnych rodziców lub im odebranych znalazło nowy dom w rodzinach adopcyjnych.

Panie miłosierdzia

W 1927 r. prezes ostrowieckiego Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności zaprosił siostry do poprowadzenia otwartego sierocińca. Przybyły trzy siostry, które zajęły się nową placówką. Miały wtedy pod opieką 23 dzieci, głównie z terenu Ostrowca Świętokrzyskiego, przeważnie w wieku od 3 do 15 lat. – Od początku naszym charyzmatem jest opieka nad opuszczonymi przez najbliższych, ubogimi i zaniedbanymi. Takie zadania wyznaczył nam abp Zygmunt Szczęsny Feliński, który założył zgromadzenie podczas rozbiorów w dalekim Petersburgu. Początkowo siostry nie nosiły stroju zakonnego, prowadziły ukryte życie zakonne i nazywane były paniami miłosierdzia – tłumaczy siostra Katarzyna Syran. Mimo upływu lat i rozwijającego się systemu opieki społecznej siostrom nigdy nie brakowało pracy.

– Obecnie w naszych placówkach zajmujemy się przede wszystkim dziećmi z rodzin patologicznych. Trafiają do nas po orzeczeniu sądu rodzinnego lub kuratora, bo rodzice nie są w stanie zapewnić im normalnego domu i zatroszczyć się o prawidłowe wychowanie. My staramy się zapewnić im opiekę wychowawczą, medyczną, edukacyjną i duchową. Budujemy drugi dom, aby poczuły się kochane, potrzebne i zadbane, aby otrzymały to, czego im dotychczas brakowało – dodaje s. Katarzyna. W innych placówkach siostry troszczą się o osoby starsze, odrzucone przez najbliższych czy zapomniane. Im też starają się stworzyć dom i rodzinną atmosferę. Pracują także w szpitalach lub przy parafiach, spełniając rozmaite posługi liturgiczne. W Ostrowcu ponadto prowadzą przedszkole i katolicką szkołę podstawową. – Początkowo zgromadzenie miało być kontemplacyjne, ale abp Feliński chciał, aby było także otwarte na świat poprzez posługę miłosierdzia, co staramy się realizować – dodaje siostra Maria Rokosz, przełożona prowincjalna.

Plaster na serce

W jednej z sal rozpoczyna się niezwykła lekcja. Nauka gwizdania. Siostra Maria robi to po mistrzowsku, gwiżdże na każdym palcu. Chłopcy najpierw niezdarnie, potem już coraz lepiej ją naśladują. – W tym domu jestem już z dziećmi piętnaście lat, a w ogóle od ponad trzydziestu leczę ich poranione serca i dusze. Choć czasem dają w kość, nie można ich nie kochać. Im bardziej są pokaleczone przez los i rodzinę, tym większej potrzebują miłości – rozpoczyna opowieść s. Maria Chabior, dyrektor ośrodka. Trafiają tam noworodki lub kilkuletnie maluchy, ale częściej starsze dzieci. Powodów jest wiele. Najczęstszym jest sytuacja patologiczna w rodzinie. – Przywozimy dzieci z rodzin, w których przeżywały traumę. Zazwyczaj codziennie był tam alkohol i przemoc. Dzieci nie chodziły do szkoły, tylko musiały żebrać lub zarabiać na libacje rodziców. Niejednokrotnie są tak zaszczute, że trudno im uwierzyć, iż ktoś może je pokochać. Czasem serce pęka, gdy opowiadają, czego doznały od najbliższych – opowiada siostra Maria Chabior.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama