Zbierała biedronki z drogi

To jest historia dziecka, dla którego dwadzieścia lat temu nigdzie nie było miejsca. I w pewnym sensie nadal nie ma.

Reklama

Zanoszącą się od płaczu Tereskę policjanci znaleźli nad ranem w parku. Leżała w wózku dziecięcym, obok na ławce spała jej matka. Była pijana, więc funkcjonariusze zawieźli ją do izby wytrzeźwień, a niemowlę do szpitala. Dziecko było osłabione, miało nadżerki na całym ciele, opryszczkę na ustach. Lekarze stosowali różne antybiotyki, ale żaden z nich nie dawał sobie rady z chorobą. W końcu zrobiono test na obecność wirusa HIV. Wynik był pozytywny.

Wieść się rozniosła

Tereska urodziła się zakażona przez matkę, która nie była świadoma, że nosi wirusa. Nieco chorą psychicznie młodą kobietę wykorzystał chory na AIDS narkoman i zaraził HIV. Zmarła dwa lata później. Teresce konsylium lekarskie nie dawało więcej niż 6 miesięcy życia. W szpitalu wieść o dziecku zakażonym HIV rozniosła się szybko. Rodzice dzieci leczących się w katowickim szpitalu żądali od ordynatora wypisania chorej dziewczynki ze szpitala. Po ustabilizowaniu stanu zdrowia dziecka lekarze zaczęli szukać miejsca, w którym mogłoby przeżyć pół roku – do śmierci. Żaden z domów małego dziecka w Polsce nie zgodził się przyjąć Tereski. Zadzwoniono więc do Marka Kotańskiego, znanego wtedy w Polsce z zakładania ośrodków dla narkomanów chorych na AIDS.

Wzięliśmy do siebie

– W Teleexpressie zobaczyłam Kotańskiego z maleństwem na rękach. Dramatycznie pytał: – Jest w Polsce jedno dziecko, dla którego nigdzie nie ma miejsca. Zostało jej sześć miesięcy życia. Czy ktoś pomoże jej umrzeć w godnych warunkach? – wspomina Barbara, mieszkanka jednej z miejscowości w diecezji opolskiej. – Gdybym miała czas na racjonalne przeliczanie, czy dam radę ją przyjąć, to może bym się wtedy nie zdecydowała. Ale to był impuls, poryw serca, jakieś Boże natchnienie. Wzięliśmy ją do siebie – mówi Basia. Tereska żyła znacznie dłużej, niż przewidywali lekarze. Kilkanaście lat. – Lekarze uważali to za niewytłumaczalne – opowiada Basia. Leki zatrzymujące rozwój wirusa HIV wtedy nie były tak zaawansowane i skuteczne jak obecnie. – Kiedy otwierałam pojemnik z lekarstwem, to mnie na torsje zbierało, a ona te ogromne dawki lekarstw dzielnie połykała, cztery pełne spodeczki dziennie – wspomina.

Miała w sobie coś takiego

Tereska wyrosła na piękną dziewczynę. – Była tak pełna życia i radości. Wszystkim się podzieliła. O wszystkich się troszczyła. Nawet biedronki zbierała z drogi, żeby auto ich nie rozjechało. Gdzie się pojawiła, od razu budziła wielką sympatię. Miała w sobie coś takiego. Mimo że taka schorowana, przyciągała ludzi. Takie dobre dziecko było. Święte dziecko, które tyle przeszło w życiu – wspomina Barbara. Czy w domu, przy innych dzieciach, trzeba było zachowywać specjalne środki ostrożności? – Każdemu bym chciała mówić, że nie można się tak prosto zakazić HIV. Wystarczy tylko przestrzegać pewnych podstawowych zasad higienicznych. Jeżeli pojawia się krew czy zranienie, to powinno być zaklejone, ale tego przecież wszyscy powinni przestrzegać. Trzeba utrzymywać toaletę w czystości. Nic w tym nadzwyczajnego – mówi Basia. Kiedy Tereska miała nocne krwawienia z nosa, trzeba było spalić poduszkę. – Kiedy pokochałam ją jak własne dziecko, to ani wstawanie w nocy, ani opieka nie były trudne – opowiada mama, aż trudno napisać „adopcyjna”. – W którymś momencie życia postanowiłam powiedzieć jej, że jest adoptowana. Zaczęłam mówić, ale nie chciała tematu drążyć: – Mama, nie mów mi o tym, my jesteśmy rodziną – wspomina Basia.

Ostatnie miesiące

Oglądam zdjęcia Tereski. Ostatnie ujęcia z łóżka szpitalnego – umęczona twarz pięknej dziewczyny. – W pewnym momencie tej choroby dochodzi do zakażenia, którego nie daje się wyleczyć. Zapadła w rodzaj śpiączki. Leżała nieprzytomna, ale kiedy trzymałam jej dłoń, czułam, że ona mnie ściska. Lekarze mówili, że to skurcze jej mięśni od ciepła mojej dłoni. A ja czułam, że to ona daje mi znak – opowiada Barbara. Po kilku miesiącach śpiączki, niedawno temu, Tereska zmarła. – Po jej śmierci mam pokój w sercu. Wręcz uwielbiam często jeździć na cmentarz, taki mam z nią kontakt – mówi mama. – Myślę, że Tereska jest naprawdę świętą – podkreśla zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz. Opowiada, jak prosi zmarłą dziewczynę o wstawiennictwo, często jeździ na jej grób.

Nic niesamowitego

– Nie widzę w tym nic niesamowitego. Zaufałam Panu Bogu. Na początku myślałam, że pół roku to dam radę. A wyszło tyle lat – mówi Barbara. Po raz pierwszy zgodziła się opowiedzieć historię Tereski mediom. Ale obawia się reakcji ludzi i dlatego prosi o anonimowość. – AIDS nadal traktowane jest jak dżuma XXI wieku. Ludzie może chcą pomóc, ale z daleka. Byleby nie mieć kontaktu z chorym – mówi. Także z powodu obaw o reakcję sąsiadów i znajomych, którzy nie wiedzieli, na co chorowała Tereska.

Imiona bohaterek zostały zmienione

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • tessie
    09.01.2013 14:10
    oby takich ludzi było jak najwięcej...
  • Krzysztof
    10.01.2013 09:52
    Piękna historia . Dziękuję Panu Bogu za ludzi takich jak Ty , niech Ci Wszechmocny Nasz Pan Błogosławi po wsze czasy. Ludzie się boją nieznanego , bo są ni wyedukowani , tylko w podobnych sytuacjach dziwię się że ci sami ludzie nie boją się mleć ozorem bezkarnie o czymś o czym nie mają pojęcia .Przypomina mi się pewna historia z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku , jak przez wieś w której w ów czas mieszkałem była przeprowadzana gazyfikacja . To wtedy słuchając przemądrzałych sąsiadek moich rodziców wypadało by od razu zakładać maski p/gazowe do obsługi kuchenki w domu. Podobnie jest w tym przypadku , brak edukacji i ludzka wyobraznia potrafią doprowadzić do dramatu , pozdrawiam .
  • Ania
    10.01.2013 11:45
    Kiedy czytałam ten tekst poczułam zawstydzenie, że tak często narzekam na swoje życie.
  • Józef
    10.01.2013 18:07
    Dziękuję pani Barbaro, za opiekę nad tym niewinnym dzieckiem.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama