Słodka instytucja

- Dziadkowie też mają prawo do samorealizacji. Nie można ich traktować jak pomocy domowej. Osoby, które dają się wmanewrować w taką sytuację, z czasem gorzknieją, tracą swobodę decydowania o sobie i swoim czasie - mówi Krystyna Frąszczak.

Reklama

Helena i Władysław Rosowie są małżeństwem już od 43 lat. Poznali się w klubie w Jarocinie. Pan Władysław był już wtedy cenionym elektrykiem, dlatego wiedział, jak zadziałać, by w ich związku zaiskrzyło... I tak też się stało. Ślub wzięli 19 października 1969 r. i zamieszkali w Jarocinie (pani Helena pochodzi z niedalekich Szperek). – Męża kojarzyłam jeszcze ze szkoły podstawowej, ale wtedy dziewczyny go nie interesowały – żartuje pani Helena.
Państwo Rosowie są obecnie na zasłużonej emeryturze. Pan Władysław przez 35 lat pracował w Hucie Stalowa Wola.

Dorabiał, świadcząc usługi elektryczne mieszkańcom Jarocina i okolic, także na plebanii u proboszcza. Pani Helena z kolei przez osiem lat zatrudniona była w Zakładach Mięsnych w Nisku, a potem zajmowała się swoim gospodarstwem (na emeryturze przepisała je starszej córce). Przez prawie 20 lat udzielała się również na weselach jako gospodyni; gotowała, wypiekała nawet dla 300 osób.
 Pani Helena i pan Władysław dochowali się dwóch córek i pięciorga wnucząt.
 Córka Małgorzata, najstarsza, mieszka w Jarocinie i prowadzi tam z mężem gospodarstwo agroturystyczne. Mają dwóch synów: 23-letniego Dawida i dwa lata młodszego Konrada. Obydwaj studiują ratownictwo medyczne w Rzeszowie. Prawie co tydzień są w domu. – Dawid był kiedyś ministrantem. Teraz, gdy przyjeżdża, też często służy do Mszy. A jak pięknie czyta w kościele – z dumą mówi babcia Helena. Dziadek Władysław podwozi wnuków z dworca PKS w Nisku do domu. Sfinansował im też kursy prawa jazdy.
 Młodsza córka, Grażyna, mieszka w Stalowej Woli. Tam też w bloku wychowują się trzy wnuczki państwa Rosów: Wiktoria (klasa szósta), Karolina (piąta) i najmłodsza, czteroletnia Maja.


Władysław i Helena Rosowie nie ukrywają, że rozpieszczają swoje wnuki i że sprawia im to wielką radość. – Dziewczynki przyjeżdżają do nas co tydzień. Dopominają się nawet, że chcą do dziadków, do Jarocina. Wszystkie wnuki traktujemy równo, tak samo sprawiedliwie obdarowujemy je prezentami – mówi pani Helena. Pan Władysław podkreśla, że był najmłodszym dziadkiem w Jarocinie. – Kiedy urodził się mój najstarszy wnuk Dawid, nie miałem jeszcze czterdziestki! – śmieje się szczęśliwy dziadek.
Państwo Rosowie nie tylko rozpieszczają swoje wnuki, ale także pomagają rodzicom w ich wychowaniu. Zawsze trzymają z nimi jeden front dla dobra dzieci.
Wprawdzie wnuki wypełniają im nieomal całe życie na emeryturze, ale potrafią jesz-
cze znaleźć chwilę, by wspólnie gdzieś wyskoczyć. Najczęściej do klubu seniora, który mieści się w nowym domu kultury w Jarocinie. Pani Helena śpiewa też w chórze, a pan Władysław, gdy trzeba, jest kierowcą. Wiosną i latem pracują w ogrodzie. Mają drób i króliki,
więc zajęć nie brakuje.


Babcia XXI wieku


Krystyna i Stanisław Frąszczakowie to niezwykle zapracowani dziadkowie. W końcu na jej głowie jest Stowarzyszenie Uniwersytet Trzeciego Wieku w Tarnobrzegu, którego jest prezesem, a pan Stanisław pracuje jeszcze jako pediatra. Ale dzięki temu czują się szczęśliwi, pełni energii i niespożytych pomysłów. – Czasy zmieniają się w zawrotnym tempie, stawiając przed nami coraz to nowsze wyzwania – zauważa Krystyna Frąszczak. – Myślę, że m.in. z tego względu obecni dziadkowie nie dadzą się wsadzić w bambosze lub sprowadzić do roli lektora bajek dla swoich wnucząt. Obecnie obowiązuje zupełnie inny model dziadków, czyli dziadków aktywnych, realizujących własne pasje, plany. Nie dajemy się zaszufladkować jako bezpłatna pomoc domowa czy opiekunka do dzieci. Dziadkowie mają bowiem święte prawo do własnego rozwoju, do swobodnego dysponowania swoim czasem.
 Stały i szybki postęp w medycynie, coraz większa świadomość oraz dbałość o zdrowie i kondycję sprawiają, że osoby, które osiągnęły wiek emerytalny, są w o wiele lepszej formie niż ich rówieśnicy sprzed 20, 30 i więcej lat. – Mamy dwóch wspaniałych, kochanych wnuków, uważających nas za dziadków z pomysłami – zwierza się pani prezes. – Mieszkają wprawdzie w Lublinie, ale zawsze, kiedy tam jesteśmy, czy kiedy oni przyjeżdżają do nas, wiedzą, że z pewnością nudzić się nie będą. Bo pomysłów na ciekawe spędzenie czasu szczęśliwie nigdy nam nie brakuje.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama