Narteczki, czyli rzecz o upadku

Najważniejsza w tym naszym przekraczaniu barier, własnych zahamowań i trudności, chyba jest… umiejętność upadku.

Reklama

Jeszcze trzy lata temu nie wierzyłam, że stojąc na dwóch drewnianych kłodach, przyszpilonych do ciężkich buciorów, można jeździć. I to w dół! W dodatku po śliskim, białym obrzydlistwie! Absolutnie było to sprzeczne z elementarną logiką, która każe przypuszczać, że czego się mały Jaś (Agatka) nie nauczył, tym na starość stanowczo nie trąci. Co najwyżej sobie coś utrąci, względnie kogoś utrąci. Więc lepiej nie próbować. Absolutna, nie do przekroczenia, psychofizyczna bariera. Aż trzy lata temu, gdy dzieci dorosły do wieku wczesnonarciarskiego, poprosiły z mocą: „my chcemy jeździć na nartach”. I dotąd prosiły, aż się doprosiły. Miły znajomy instruktor, dwie godziny jazdy. I trójka starszych załapała całkiem przyzwoicie. I matka usłyszała: „a dlaczego ty, mamo, nie jeździsz? Boisz się?”. Więc dotąd dziatki jęczały, aż matka narty (jakoś) przypięła, przeżegnała się. I w dół. Pierwsze jazdy z cierpliwym do granic możliwości instruktorem. Ciężka walka. Przede wszystkim z samym sobą, by uwierzyć, że może się udać. A jeśli się nawet nie uda, to dobry orczyk na górę zawiezie. I zacząć można od nowa. O dziwo, po pewnym czasie okazało się, że białe obrzydlistwo z nieba to śnieg. Jest nawet miły. A drewniane kłody pod nogami to narty. Narteczki! I naprawdę fajne są. Trzy lata później. Okolice Zakopanego. Boli. Bolą nogi, mięśnie, nie wiadomo dlaczego nawet ramiona. Bolą również i inne okolice, na które upada się z hukiem, bo stok dość oblodzony, a slalom swoje wymagania ma. Stok jest długi, wymagający. Więc raz po raz: „Łup”! Śnieg się wzbija jak wulkan, a troskliwi i doświadczeni narciarze krzyczą nad kraterem, który powstał po upadku: – Żyjesz, kobieto? – Tak, świetnie jest! I właśnie. Bo najważniejsza w tym naszym przekraczaniu barier, własnych zahamowań i trudności, chyba jest… umiejętność upadku. Czyli świadomość, że taki jeden czy drugi upadek nie przekreśli wszystkiego. Czasem wręcz upadek – czyli pozorny kryzys, zastój, narciarsko-życiowa recesja, jest tak naprawdę krokiem – ślizgiem – naprzód. Bo chociaż boli, i to mocno boli, to trzeba wstać i walczyć. Walczyć z… własną dumą: bo dzieci obserwują matczyne dokonania z zabarwieniem satyrycznym w oczach. Walczyć z sypiącym śniegiem, mrozem i zniechęceniem. Mimo że boli, mimo że wokół śmigają lepsi od nas, trzeba wpiąć się w narteczki i znów ruszyć w dół. I przekroczyć kolejną barierę. Fizyczną, ale przede wszystkim… psychiczną.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • emi
    31.01.2013 18:56
    Pani Agato,

    Fantastyczny tekst. Też tak miałam. Będąc po trzydziestce zaczęłam jeździć na nartach za namową narzeczonego, który jeździ od małego.
    Pochodzę z płaskiego Mazowsza i uważałam, że to czysty idiotyzm, "wdrapywać się na górę" tylko po to by się z niej ześlizgnąć, i tak w kółko.
    Teraz tak nie uważam i żałuję, że nie zaczęłam wcześniej jeździć.
    Moje początki też odbywały się z instruktorem, który od zupełnego "zera" zrobił ze mnie całkiem dobrą narciarkę. Były i upadki, były też niekontrolowane wjazdy na przeszkody (jeszcze nie umiałam się zatrzymać :)) i bolące ciało (całe !!) od zakwasów. W marcu po raz piąty z kolei jadę na narty i już nie mogę się doczekać tych alpejskich autostrad i zapierających widoków (polecam Tignes we Francji).
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama