Jeśli nie my, to kto?

W Polsce jest 7 milionów rodziców. Jeśli zaczniemy działać razem, możemy zmienić polską szkołę.

Reklama

Ustawa oświatowa pełna jest frazesów na temat roli rodziców w szkole. Teoretycznie bez ich opinii nic się tu nie może wydarzyć, ale w praktyce nawet miliony negatywnych opinii nic nie znaczą, jeśli rząd wymyślił sobie obowiązek szkolny dla 6-latków. W teorii bez zgody rodziców nauczyciele nie mogą wybrać podręczników i programów nauczania. W praktyce rodzic może sobie co najwyżej usiąść w szkolnej ławce, wysłuchać, zapisać, ponarzekać. Sporo w tym naszej winy, bierności rodziców. Ale to się wkrótce może zmienić…


Ofiara systemu


– Jestem matką, ofiarą systemu edukacji – przedstawia się Anna Jeziorna. Pod koniec lat 80., jeszcze w czasach komuny, wygrała proces z ówczesnym ministrem oświaty o rejestrację pierwszej w Polsce szkoły społecznej. W kręgach inteligencji katolickiej przyjęto wówczas taktykę „nieodpuszczania” wychowawczej kontroli nad dziećmi, tworzenia własnych szkół lub egzekwowania praw rodzicielskich w placówkach publicznych. Ale potem przyszedł czas bogacenia się i dzieci zeszły na drugi plan. – Dziś rodzice poczuwają się do swoich obowiązków mniej więcej do momentu, gdy maluch ukończy 3 lata. Potem oddają go do przedszkola, następnie do szkoły i wreszcie czują się zwolnieni z troski o dziecko.

Prawda jest taka, że wypisaliśmy się jako rodzice dobrowolnie z wychowywania dzieci – mówi z goryczą A. Jeziorna.
Moment przebudzenia następuje dopiero wtedy, gdy pojawia się zagrożenie zamknięcia naszej szkoły. Wtedy potrafimy się zorganizować, protestować i lobbować. Na ile jednak jest to troska o dzieci, a na ile obawa przed dezorganizacją domowej logistyki? W miastach protesty mają charakter akcji bezpośrednich, romantycznego zrywu. Jedynie na wsiach przekładają się na pracę organiczną. Bo tam często nie ma innego wyjścia – trzeba szkołę przejąć, inaczej zniknie cała wieś. 


Tylko nic nie mów!


Swoją abdykację rodzice tłumaczą w różny sposób. Na przykład dobrem dziecka, które prosi: „mamo, tylko nic nie mów na wywiadówce”. To prawda, że nie każdy dyrektor i nie każdy wychowawca lubi, gdy mamy zbytnio interesują się tym, co słychać w szkole. Ale też nadchodzą czasy, gdy większość pedagogów wręcz się tego domaga. – Nasza szkoła nie mogłaby w ogóle funkcjonować bez pomocy rodziców, bo na wszystko brakuje pieniędzy. Dyrektor bardzo o tę pomoc zabiega – mówi Wojciech Bonowicz, publicysta i ojciec gimnazjalistki. Podaje przykład posiłków, które po zwolnieniach ze szkół kucharek trzeba było dzieciom zorganizować. – Catering wzięliśmy na siebie i teraz uczniowie jedzą „jak u mamy” – śmieje się Bonowicz. Podobnie rozwiązano problem opieki zdrowotnej. Rodzice nie tylko domagali się codziennej obecności pielęgniarki, ale zorganizowali zrzutkę na jej zatrudnienie. Udało się. I działa.
Ale nie wszystkim rodzicom pasuje rola takiej straży pożarnej. Większość źle się czuje w szkolnych ławkach. Dlaczego? Prof. Aleksander Nalaskowski, pedagog, twórca i dyrektor niepublicznej Szkoły Laboratorium w Toruniu, przywołał kiedyś, jako symboliczny, obrazek przedstawiający dorosłych ludzi siedzących w klasie na małych krzesełkach, dokładnie ilustrujący nie tylko miejsce, jakie wyznaczono rodzicom w szkole, ale i sytuację komunikacyjną, w jakiej muszą się odnaleźć. 


Szkolne, czyli nasze


Jedną z inicjatyw Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców jest tworzenie w szkołach przestrzeni, w której mogłyby się odbywać normalne, partnerskie rozmowy nauczycieli z rodzicami. Wystarczy specjalny pokój, gdzie dorosły nie jest sprowadzony do poziomu dziecka. Tak na początek. Przecież nie jesteśmy petentami, ale w pewnym sensie współwłaścicielami szkoły. Bo po pierwsze – w placówkach samorządowych (a takich jest w Polsce większość) dyrektorzy i nauczyciele pełnią służbę publiczną. Po drugie – prawa rodziców do opiniowania, a czasem i zatwierdzania programów, podręczników, etc., są konkretnie opisane w prawie oświatowym, nawet jeśli jest to prawo martwe. Po trzecie – majątek szkoły w dużej części pochodzi z pieniędzy i pracy rodziców.
Na ten ostatni aspekt zwraca uwagę Alina Kozińska-Bałdyga kierująca Federacją Inicjatyw Oświatowych. – Mienie szkolne to dziś temat bardzo gorący. W ostatnich latach zlikwidowano ponad 5 tysięcy szkół, nie licząc się tym, że ich majątek został w dużej mierze wypracowany przez rodziców. Co się z nim stało? Czy ktoś pytał rodziców, jakie mają wobec tego majątku plany? – pyta pani prezes FIO. A chodzi nie tylko o wiejskie szkoły, bo i w centrum Warszawy remontowano dachy czynem i groszem obywatelskim. Pierwsza komputeryzacja oświaty, dekadę temu, w dużej mierze dokonała się właśnie w ten sposób. I dlatego rodzice mają pełne prawo współdecydować o losach szkolnego majątku.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama