Stawiają na (cztery) nogi

Porzucone przez właściciela zwierzę ma szczęście, jeśli na swojej drodze spotka Agnieszkę i Przemka ze Staszowa.

Jeśli zwierzę potrzebuje pomocy, to nie wahamy się, czy je zabrać, czy nie, bo np. zabrudzi nam mieszkanie. Przez nasz dom w ostatnich latach przewinęło się co najmniej kilkadziesiąt psów i kotów. Mieszkamy w bloku i nie możemy na dłużej zająć się zwierzętami. Nie robimy tu schroniska, ale przez kilka dni „stawiamy na nogi” czworonoga, a potem szukamy mu domu. Na szczęście pomaga nam wiele wspaniałych osób i zawsze bezdomny przyjaciel dom znajdzie – opowiada pani Agnieszka.

Niemal w każdy poniedziałek po placu targowym w Staszowie wałęsa się jakiś porzucony pies, czasem kilka dni siedzi w jednym miejscu i czeka... – Wiele z tych zwierząt zostanie na zawsze w mojej pamięci – wspomina Agnieszka. – Dwa lata temu ktoś spoza Staszowa podrzucił dwa psy na nasze osiedle. Jeden z nich był zwykłym kundelkiem, ale suczka rasy sznaucer podobała się ludziom. Dokarmialiśmy je, ale kiedy zaczęło się robić zimno, psy wchodziły na klatkę. Nie wszystkim to się podobało, suczkę przygarnęła pani z parteru, ale ten kundel po pewnym czasie zniknął. Ktoś go wywiózł z miasta. Po tygodniu wrócił na miejsce, które uważał za swój dom, zobaczyłam, jak szuka jedzenia przy śmietniku. Był skrajnie wychudzony, drżał z zimna. Zabrałam go do domu, nakarmiłam, przytuliłam, a on patrzył na mnie z wdzięcznością. Rudy niebawem znalazł swój dom.

– Mnie najbardziej zapadł w pamięć pies, którego wprawdzie nie udało się uratować, ale może czuł, że w jego ostatnich godzinach życia jest ktoś, kto się o niego troszczy – opowiada Przemek. – To Agnieszka znalazła go w zaspie przy drodze. Był w strasznym stanie. Potrącił go samochód. Gdy podszedłem, uniósł się na przednich łapach i zachowywał bardzo agresywnie. Starał się bronić, myślał może, że chcę mu sprawić ból. Bardzo chciałem mu pomóc. Wtedy pomodliłem się, nieoczekiwanie pies się nagle uspokoił, pozwolił się podnieść i zabrać do domu, był całkiem spokojny. Leżał bezwładnie przy ciepłym kaloryferze, a ja nie mogłem mu pomóc. Tamtego dnia nie mogliśmy w Staszowie ani w okolicy znaleźć weterynarza, w końcu pojechaliśmy do Kielc. Tamtejszy lekarz zrobił prześwietlenie, okazało się, że pies ma w kilku miejscach połamany kręgosłup i uszkodzone organy. Nie było dla niego ratunku, musieliśmy go uśpić.

Takich przykładów było wiele. Głodne, chore zwierzaki znalazły na kilka dni spokojną przystań w domu Agnieszki i Przemka. Ci opiekunowie nie żałują ani serca, ani pieniędzy, bo ich zarobki są przeznaczane w dużym stopniu na zwierzęta. Opłacają ich leczenie, kupują karmę, pamiętają także o tych, dla których znaleźli już schronienie. W ich domu są dwa żółwie, cztery uratowane koty – Puf, Muf, Radzio, Gucio – i pies. Ich losy też były ciężkie.

– Pierwszy w domu pojawił się Muf. Wracałam wieczorem z pracy, gdy przed moim blokiem pewna pani przyglądała się zabawie swojego pupilka. Podeszłam bliżej, pies trzymał w zębach małego kociaka i targał nim na wszystkie strony. Dla tej kobiety to był zabawny widok. „Mój pies bawi się nim od rana” – powiedziała ze śmiechem. Miesiąc później szłam rano do pracy, a na drodze ujrzałam niemal sam szkielet kota. Zaniosłam go szybko do domu i jeszcze zdążyłam na czas do pracy. Tak pojawił się Puf. Długo go leczyliśmy. Radzio i Gucio dołączyły do nich po roku.

Choć Agnieszka i Przemek, poza wąskim gronem osób, które z nimi współpracują, są zdani tylko na siebie, to nie rezygnują i liczą, że poprawi się świadomość ludzi i sytuacja zwierząt. Marzą, by w Staszowie powstało przytulisko, w którym mogliby jak dotychczas pomagać zwierzętom. Władze gminy Staszów pozytywnie odniosły się do starań sporej grupy osób, którym nie jest obojętny los porzuconych zwierząt. Umożliwiły bezpłatną sterylizację bezdomnych, ale przygarniętych do nowego domu psów i kotów.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg