Małżeństwo to pielgrzymka

Poznali się przez internet, a żeby dowiedzieć się o sobie więcej, poszli pieszo do Częstochowy. Choć listopadowa pogoda im nie sprzyjała.

Reklama

Chcieliśmy się sprawdzić w trudnych warunkach – mówi Jacek Matuszczak, wspominając pierwszą pieszą wędrówkę z Darwiną. Oboje są zakochani w pielgrzymowaniu do tego stopnia, że dziś trudno im policzyć, ile kilometrów już przeszli. – Rzym – 1500 km, Santiago – 700 km, Camino Polaco – kolejne 700 km – wylicza Jacek. – Ale to tylko te większe i już wspólne. Gdyby dodać coroczne pielgrzymki do Wilna, a wcześniej do Częstochowy, uzbierałoby się jeszcze kilka tysięcy kilometrów – mówi. Darwina, od ponad 5 lat żona Jacka, przypomina jednak, że nie chodzi o liczbę kilometrów do przejścia, ale o modlitwę.

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Pierwszą wspólną długą pielgrzymką Jacka i Darwiny była wędrówka do Rzymu w 2010 roku. Trasę wytyczyli na mapie on-line, potem przerysowali to do atlasu i... wyrwali potrzebne kartki, żeby plecak był lżejszy. – Musieliśmy wtedy nie tylko kupić najważniejszy ekwipunek, taki jak buty czy szybko- schnące rzeczy, ale też nauczyć się odpowiednio pakować – mówi Darwina. Wspomina, że próbowali zastosować się do wskazówek znalezionych w internecie: – Wydawało nam się, że robimy to dokładnie według opisu, ale tam plecak ostatecznie ważył 7 kg, a nasz – 14 kg – śmieje się. Choć pielgrzymka miała trwać niespełna dwa miesiące, a każdego dnia do przejścia było kilkadziesiąt kilometrów, okazało się, że nie przygotowali się kondycyjnie. Nie planowali też noclegów. – Wiedzieliśmy, do jakiego miasta dotrzemy, ale nie ustalaliśmy dokładnie, gdzie będziemy spać. Od tamtej pory nigdy nie zajmujemy się tym przed wyruszeniem w drogę – z uśmiechem mówi Jacek. – Najlepiej jest po prostu zawierzyć swoim Aniołom Stróżom, a po dotarciu do celu zapytać kogoś, gdzie mieszkają dobrzy ludzie – tłumaczy Darwina. Podkreśla, że dzięki temu każdy dzień jest wyjątkowy, bo niesie ze sobą spotkania z innymi osobami. O skuteczności działania Aniołów Stróżów przekonali się nieopodal San Marino. W jednym z miast trafili do kościoła, gdzie spotkali włoskiego biskupa, który pracował na misjach w Afryce. Nie tylko zaprosił ich do siebie i przenocował, ale podczas Mszy św. tak serdecznie o nich opowiadał, że Włosi podchodzący, by przekazać im znak pokoju, wciskali im do rąk banknoty, szepcząc: „Pizza, pizza”.

Ślub w Wilnie

Nie zawsze wszystko układa się po myśli. – Są takie dni, kiedy budzę się zmęczona i w myślach pytam: „Co ja tu robię?” – mówi Darwina. – Wtedy pomaga mi to, że Jacek jest obok i że wzajemnie się wspieramy. Podkreśla, że przekłada się to także na życie codzienne – nawet po powrocie do domu pozostają przyzwyczajenia, wspólne modlitwy i zdolność rozwiązywania konfliktów. – Wiemy, że kiedy tylko pojawiają się jakieś spięcia, trzeba się z nimi szybko uporać, bo musimy ruszać dalej – mówi Jacek. – Na życie w domu przenosi się też to, co w drodze jest oczywiste – że pielgrzym niczego nie oczekuje, a za to, co otrzymał, dziękuje – dodaje Darwina. Wyjaśnia, że pielgrzymka nie kończy się po osiągnięciu celu, ale trwa przede wszystkim w sercu. Nie ustają także kontakty z poznanymi ludźmi i intencje, które Matuszczakowie zbierają przed każdą pielgrzymką od znajomych oraz za pośrednictwem internetu. Na każdą z tych intencji poświęcają osobny dzień. Czasem przynosi to spektakularne efekty, jak w przypadku modlitwy za koleżankę szukającą pracy. Znalazła ją już nazajutrz. Choć nie dobierają intencji specjalnie, często ich charakter odbija się na tym, jak układa się danego dnia ich trasa. Tuż przed dojściem do Rzymu rozpoczęli modlitwę w intencji małżeństwa, w którym doszło do zdrady. Szli jedną z asfaltowych ulic prowadzących do miasta, przy której stało mnóstwo prostytutek. – Niektóre podchodziły i zaczynały z nami rozmawiać. Nie mogły uwierzyć, że jesteśmy małżeństwem i wspólnie pielgrzymujemy – wspomina Jacek. Ich wspólne życie także zaczęło się w drodze. – Wilno zawsze bardzo mi się podobało. To jedyne miejsce za granicą, gdzie mogłabym mieszkać – mówi Darwina. – A skoro tyle razy dotarliśmy tam wcześniej pieszo, bez sensu byłoby robić wyjątek – wyjaśnia. Dlatego ich ślub odbył się na zakończenie pieszej pielgrzymki. Kościół był szczelnie wypełniony – na uroczystość przyszli wszyscy jej uczestnicy. Stroje ślubne dojechały wraz z zaproszonymi gośćmi, a skromne przyjęcie dla najbliższej rodziny odbyło się w ich ulubionej restauracji z litewskimi potrawami. – To dla nas także symbol. Małżeństwo jest pielgrzymką, choć na co dzień tak się o tym nie myśli – przyznaje Jacek. Od tamtej pory nigdy nie obchodzili rocznicy ślubu w Polsce. W ubiegłym roku, pięć lat od początku ich małżeństwa, znów wybrali się do Wilna. Tym razem był to jednak dopiero początek.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama