Żyjemy dla Wiktorii

– Nie mamy czasu rozczulać się nad sobą. Pan Bóg dał nam dziecko, teraz musimy być silni i robić dla niego wszystko z wiarą, nadzieją i miłością – mówią Dorota i Piotr Kaimowie.

Reklama

Wiktoria Kaim z Głuchołaz jest uśmiechniętą i towarzyską nastolatką. Paznokcie ma pociągnięte czerwonym lakierem. Uwielbia cappuccino, a także biały ser z rzodkiewką i szczypiorkiem. Z przyjemnością słucha opowieści i czytanych jej bajek. Ma o siedem lat starszą siostrę i kochających rodziców, którzy robią wszystko, by mogła odzyskać sprawność. – Codziennie modlę się o małe cuda. Ale czasem nie wiem, czego chciałabym najbardziej. Czy tego, żeby powiedziała nam, co ją boli, czy tego, żeby sama jadła, czy żeby do nas podeszła, czy tego, bym usłyszała: „mamo, tato, kocham was” – mówi wprost Dorota Kaim, a jej mąż dopowiada, że dla niego najważniejsze jest, by córka poradziła sobie, kiedy on umrze.

Koszmarne wspomnienia z porodówki

Witusia, bo tak zwracają się do niej najbliżsi, jest oczkiem w głowie swoich rodziców. Gdy przed 14 laty oczekiwali na narodziny drugiego dziecka, nie przypuszczali, że z dniem porodu tak bardzo zmieni się ich życie. Piotr do dziś pamięta, jak przepełniony szczęściem zawiózł Dorotę do szpitala, pożegnał całusem i pojechał do pracy. Okazało się, że Witusia była owinięta pępowiną i konieczne było cesarskie cięcie. Wszystko przygotowane, ale operację wstrzymywała nieobecność anestezjologa. – Miał wtedy dwa dyżury w tym samym czasie. W jednym szpitalu był na miejscu, a w drugim pod telefonem. Jednak przez kilkadziesiąt minut nie udało się z nim skontaktować ani w szpitalu, ani w domu, ani przez pager – wspomina Dorota. – Dziecko może żyć 10 minut poza łonem matki, tymczasem przez 45 minut Wiktorię wpychano z powrotem, czekając na anestezjologa – dopowiada Piotr. Efekt? Niedotlenienie. Po dobie krzyk mózgowy i wylew krwi do mózgu. – Personel szpitala nawet przy tym wszystkim nie pomyślał, żeby ochrzcić małą. Dopiero w kolejnych dniach wezwaliśmy księdza. Następnie trafiła na oddział patologii noworodka w Opolu – wspominają rodzice.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • gość
    16.10.2017 18:38
    Właśnie w tak dramatycznych sytuacjach ludzie szukają wsparcia u Boga, bo na ludzi niewiele można liczyć. Sami tego doświadczyli. Lekarze, którzy często kpią z Boga i ludzi, którzy szukają wsparcia .Dziecko okaleczone przez służbę zdrowia i żadnych przywilejów?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama