Rok jak przepaść

O tym, czego potrzebują sześciolatki i dlaczego szkoły nie są gotowe na ich przyjęcie z Eweliną Królikowską-Juszczyk, jednym z krakowskich koordynatorów akcji „Ratuj maluchy i starsze dzieci też”, rozmawia Monika Łącka.

Reklama

Monika Łącka: Gdy ten numer „Gościa” trafi do rąk Czytelników, będzie już jasne, ile podpisów udało się zebrać Stowarzyszeniu i Fundacji „Rzecznik Praw Rodziców”. By wnioskować o przeprowadzenie referendum w sprawie posyłania do szkół sześciolatków, do 1 czerwca powinno ich być 500 tys. Uda się?

Ewelina Królikowska-Juszczyk: Wierzymy, że tak. Liczenie podpisów trwa, w tej chwili (26 maja) mamy ich ponad 460 tys. i akcja nabiera tempa. Wiele osób, które do ostatniej chwili gromadziły podpisy, wysyła je właśnie teraz. Pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum podpisują się nie tylko młodzi rodzice maluchów, ale także osoby w innym wieku – np. dziadkowie, którzy dobrze znają swoje wnuki i wiedzą, że w szkole jeszcze sobie nie poradzą.

Bo nie są jeszcze gotowe do rozpoczęcia nauki czy też małopolskie szkoły nie są gotowe, by dobrze maluchy przyjąć? MEN powtarza, że są w Europie państwa, gdzie pięciolatki już od dawna chodzą do szkoły i że u nas też tak można...

W tych krajach szkoły są na to nawet lepiej przygotowane niż przedszkola. Nie brakuje pieniędzy na większą liczbę nauczycieli, wyposażenie sal, place zabaw. Dzieci bawią się i uczą. Nauczycielką jestem od 13 lat i wiem, że w polskiej szkole na wszystko brakuje pieniędzy (nawet na papier toaletowy, kolorową kredę, zakup przyborów – np. cyrkla! – i konieczne remonty). Rodzice powinni mieć wybór – tak jak do tej pory – czy chcą posłać dziecko do szkoły wcześniej, czyli w wieku 6 lat, czy dopiero, gdy skończy 7 lat. Są dzieci zdolne i tak rozwinięte, że pójście do szkoły o rok wcześniej nie będzie dla nich krzywdą. Są jednak i takie, dla których rok różnicy między nimi a kolegami z klasy jest wielką przepaścią – nie mają jeszcze w pełni rozwiniętego nadgarstka czy odpowiednio sprawnych palców. Zrobienie najprostszego szlaczka czy kolorowanki, które koledzy rysują w kilka minut, zajmuje im nawet pół godziny. Sześciolatki mają też ogromną potrzebę ruchu, zabawy i siedzenie w ławce przez 45 minut jest ponad ich siły. Przekonałam się o tym na własnej skórze albo raczej na skórze mojego syna.

Który poszedł do szkoły wcześniej i się w niej nie odnalazł?

Rocznik Karola (ur. w 2005 r.) miał być ostatnim, w którym decyzja o wieku zapisania dziecka do szkoły miała należeć do rodziców. Postanowiliśmy więc z mężem, że zapiszemy syna do zerówki rok wcześniej – baliśmy się, że za rok, gdy do szkół trafią dwa roczniki dzieci jednocześnie, klasy będą przeładowane. Wybraliśmy zerówkę w szkole, w centrum Krakowa, gdzie wszystko miało być piękne – świetlica, sala do zabawy w przerwach między zajęciami, boisko. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Karol – śmiały, bystry, świetnie rozwinięty chłopiec (co potwierdziły potem badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej), który ani razu nie płakał w przedszkolu i lubił do niego chodzić, w szkole szybko zaczął tracić zapał do nauki. Mówił nam, że nie nadąża za kolegami, ma problem ze skupieniem uwagi przez tak długi czas, że nie potrafi jeszcze rysować tak ładnie, jak inne dzieci. Kiedy one kończyły zadanie, on jadł jeszcze śniadanie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama