Sabinka modliła się więcej

Urodziła się w święto Aniołów Stróżów w roku 1974. Co robił jej Anioł Stróż 13 lipca 1983? Pofrunął z nią do nieba?

Reklama

Historię Sabinki Schűtz usłyszałem kilka lat temu. Dopiero jednak zbieg okoliczności, których początkiem stał się artykuł o niej w „Schweizerisches Katolisches Sonntagsblatt” (nr 7/2013), sprawił, że mogłem spotkać się z jej bliskimi.

Poranek

– Mogę zaświadczyć, że to był „anioł” w ludzkim ciele – mówi ks. Hubert Skomudek, proboszcz parafii św. Józefa w Opolu-Szczepanowicach w latach 1976–1991, który przygotowywał ją do I Komunii św. Sabinka była nadzwyczaj pobożną dziewczynką z tradycyjnej, katolickiej, śląskiej rodziny Schűtz z Wójtowej Wsi, która jest częścią parafii. Schűtzowie mieszkają w domu przerobionym przed wojną z cegielni na dom mieszkalny przez pradziadka Sabiny. Tutaj, w rodzinie Janiny i Ditera, przyszło na świat troje dzieci: Mariusz, Dariusz i jedyna córka. Do kościoła stąd niedaleko, kilkaset metrów, widać go z domu jak na dłoni. Dziewczynka była oczkiem w głowie i radością rodziców. – Ciągle chciała śpiewać. Miała 4 latka i już śpiewała po 3 zwrotki pieśni maryjnych. Była ze mną w domu. Jak gotowałam, sprzątałam i śpiewałam – to ona ze mną. I tak się uczyła. Była bardzo szczęśliwym dzieckiem, takim normalnym, przez płoty skakała, na drzewa wchodziła – mówi Janina Schűtz, mama. Z jednej strony szczęśliwe dzieciństwo w dobrej rodzinie: bracia (goniła ich do modlitwy – dorzuca ze śmiechem tata Diter), ukochany kundelek Żaba, dookoła łąka pełna kwiatów, które Sabinka lubiła zbierać i zanosić chorym do pobliskiego domu opieki. Z drugiej – niezwykła dla kilkulatki pobożność. – Była dojrzała nad swój wiek. Zadawała dużo pytań, była dociekliwa – mówi Bronisława Malik, ciocia Sabinki, wówczas katechetka w parafii św. Józefa. Siostrzenica przychodziła dodatkowo na katechezy cioci. Przed wieczorną modlitwą układała poduszki, by rodzice mogli klęczeć wygodnie, sama klęczała na podłodze. – Do każdej modlitwy dodawała końcówkę: „przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”. To my już później musieli tak samo. Bo jak nie, to stała i tak patrzyła na nas – opowiada mama. Do porannych modlitw Sabinka dokładała swoje, aż babcia strofowała mamę, dlaczego pozwala jej rano na tak długie modlitwy.

Święto

– Jak się dało wychować takie dziecko? Normalnie. Tak jak wszystkie nasze dzieci. Nie było różnicy. Różnica była może w modlitwie – mówi Janina Schűtz, mając na myśli to, że Sabinka modliła się więcej. A ja słuchając myślę, że różnica w wychowaniu u rodziny Schűtz rzeczywiście polegała na modlitwie: w ich w domu modlitwa dzieci z rodzicami rano, przed i po jedzeniu, wieczorem była czymś normalnym. Zimą Sabinka na podwórku budowała ze śniegu grotę dla Matki Bożej. – Kapliczka durch chciała mieć, ażech musioł ją zrobić z kamieni, ale to już po… – mówi tato Diter. Kiedy poszła do szkoły, zrobiła sobie tekturowy krzyżyk zdobiony suszonymi kwiatkami. Po pierwszej spowiedzi ks. Skomudek wręczył dzieciom drewniane krzyżyki. – To był 1983 rok, czas walki z krzyżami w szkołach. Kiedy dyrektorka zobaczyła krzyżyk w otwartym piórniku, rozkazała go schować. 8-letnia Sabinka sprzeciwiła się jej, mówiąc: „To jest mój krzyżyk i mój piórnik, mogę w nim nosić moje rzeczy”. Dyrektorka tak zaczęła krzyczeć, że dziewczynka aż się popłakała. Ale krzyżyka nie schowała – opowiada ks. Hubert Skomudek. – Cieszyła się na I Komunię i przygotowywała do niej, a kiedy wujek – mój mąż – spytał, jaki chciałaby prezent, odpowiedziała: „żebyś w tym dniu poszedł do spowiedzi i przyjął Komunię świętą” – mówi Bronisława Malik. – Po Komunii w ogóle nie sprawdzała, ile dostała pieniędzy. To się nie liczyło dla niej – wspomina mama.

Noc

W nocy z 12 na 13 lipca 1983 r. mamę zbudził płacz Sabinki. – Strasznie płakała, coś jej się śniło. Nigdy wcześniej takie coś się nie zdarzyło. Poszłam spać do niej. Ale nie powiedziała mi, dlaczego płacze, chociaż strasznie się bała – mówi Janina Schűtz. Dzień był słoneczny, po południu Sabinka poszła z bratem Mariuszem kąpać się w gliniance, a potem szybko, sama, na Mszę szkolną. Bracia chodzili na młodzieżową. Długo nie wracała. Rodzina rozpoczęła poszukiwania. – Około trzeciej w nocy brat Mariusz przyszedł do mnie powiedzieć, że znaleziono ją w rowie, pełnym błota i wody – głos księdza Skomudka nagle się łamie. Tato Sabinki najpierw w nocy znalazł wydartą kartkę z „Drogi do nieba”, potem pasek jej torebki. Później, w rowie, sukienkę i podkolanówki, nieco dalej – zanurzone, martwe ciało córeczki. Sabinka w czasie powrotu do domu została napadnięta przez pijanego żołnierza z pobliskich koszar, który wciągnął ją w zarośla.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama