Przysięga po latach

Gdzie jest prawdziwy Kościół? W wierze, nadziei i miłości. Ale żeby zrozumieć, trzeba doświadczyć.

Reklama

Niedzielna Msza św. w mojej parafii. Dziecięca akurat, więc dzieciaki pod ołtarzem, w zakamarkach popiskują i modlą się, jak potrafią. Nieco z tyłu rodzice. Czyli matki i ojcowie, małżeństwa. Staż pięcio-, dziesięcioletni, a nawet i dłuższy. O, nawet i siwi dziadkowie stoją. Aż tu nagle ksiądz odprawiający Mszę po homilii o miłości, wierności, uczciwości, po latach proponuje… odnowienie sakramentu małżeństwa. Że jeszcze raz, mąż i żona, powiedzą sobie: „I ślubuję ci… I że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Ale jak to? Tak bez białej kiecki? Stanąć na środku kościoła, jak wszyscy patrzą, i patrząc na ślubnego od 13 lat chłopa jeszcze raz mu przyrzec? Małżonkowie popatrzyli po sobie dyskretnie, niektórzy z lekkim przestrachem. Ale nie! Można stać tam, gdzie się stoi, nawet w kącie kościoła, nawet skromnie za filarem.

I coś było wzruszającego w widoku „starych” małżonków, którzy z większą czasem nieśmiałością, niż naście lat temu, podawali sobie dłonie. A mówiąc znajome słowa, raz po raz uśmiechali się do siebie. Że łzy w oczach mieli niektórzy, wspominać nie trzeba. Bo gdy po trudnych latach, gdy wiadomo mniej więcej o co chodzi w przyrzeczeniu, mówi się je po raz kolejny, towarzyszą temu dreszcze i wspomnienia. Wspomnienia kryzysów, chorób, dziecięcych odlotów. Dreszcze, że jednak się udało, że trwamy. Bo przecież już wiadomo: idylli nie ma i nie będzie. Jest małżeńska… miłość.

A potem ksiądz poprosił małżonków, by po ogólnym błogosławieństwie podeszli na środek kościoła po osobiste błogosławieństwo. Odważy się ktoś? Czy dyskretnie „młode pary” uciekną bocznymi drzwiami? O dziwo, z zakamarków kościelnych i życiowych zaczęli wychodzić „żonkosie” i „młode żony” z 15-letnim stażem. A że parafia wielodzietna, to prowadzili też dzieci: troje, pięcioro, sześcioro.

I jakaś radość zapanowała w parafii. Kościoły domowe ustawiły się do błogosławieństwa w długiej kolejce. I nie zmąciły tej prawdy i radości późniejsze doniesienia red. Lisa o kościelnym seppuku. I innych redaktorów o kościelnym upadku spowodowanym nieposłuszeństwem jednego z kapłanów.

Nie szukajcie więc prawdziwego Kościoła w sporze i w agresji. Kościół jest tam, gdzie wiara, nadzieja i miłość. I jest silny. Ale żeby zrozumieć, trzeba doświadczyć.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Maluczki
    11.07.2013 09:47
    "Bo przecież już wiadomo: idylli nie ma i nie będzie. Jest małżeńska… miłość."

    Ciekawe co też Pani ma na myśli, pisząc te słowa? Przecież miłość małżeńska jest następstwem miłości oblubieńczej, czyli jej dalszym ciągiem, ale już po formalnym akcie, a to oznacza że dwoje ludzi jest tak sobie bliskich, że stanowią jakby jedno ciało.
    Tak, rozumiem dzisiaj takie małżeństwa to niezmiernie rzadka rzadkość. Większość kłamie przy ołtarzu, a ksiądz to kłamstwo błogosławi.
  • Hannaonline84
    11.07.2013 21:38
    Wszystko ładnie, pięknie, ale najlepsze zakończenie:
    "Nie szukajcie więc prawdziwego Kościoła w sporze i w agresji. Kościół jest tam, gdzie wiara, nadzieja i miłość. I jest silny. Ale żeby zrozumieć, trzeba doświadczyć."
    I oto chodzi.
    A tak w ogóle podobają mi się takie ponowne odnawianie sakramentu małżeństwa.
  • MaryLux
    17.07.2013 20:19
    Po co to całe odnawianie ślubów? Jak to kiedyś stwierdził mój znajomy: W czasie mszy z okazji 50-lecia małżeństwa nie będę powtarzać żadnych przysiąg. Ja mojej żonie ślubowałem raz - na całe życie. I tak ma zostać!
  • pio
    18.07.2013 00:07
    Pamiętam swoje odnowienie przyrzeczenia po sześciu latach małżeństwa podczas misji parafialnych. Było dokładnie tak jak Autorka napisała
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama