Kolonijne Msze św. na… murku

Wychowawca, który zezwala na przeszkadzanie innym, a do tego przyzwala na hipokryzję, po prostu do zawodu się nie nadaje.

Reklama

Dawno temu, za czasów PRL, gdy dzieci wyjeżdżały na kolonie, często miały problem z uczestnictwem w niedzielnej Mszy św. Zdarzało się, że „czerwoni” wychowawcy nie pozwalali na pójście do kościoła. Jednak wielu było takich, którzy na przekór systemowi zbierali chętną grupkę dzieci na Mszę św.

Gdy kierownik kolonii należał do partyjnej wredoty, w tym samym czasie reszta kolonii miała zaplanowane najfajniejsze wydarzenie tygodnia, wycieczkę czy lody Bambino. Dzieciaki, które już zdecydowały się na udział w Eucharystii, przyjmowały to ze względnym spokojem. A teraz mamy wolność. I dzieci mają prawo uczestniczyć w niedzielnych Mszach św. Wystarczy, żeby rodzice wpisali taką potrzebę do karty kolonijnej lub poinformowali ustnie wychowawcę. I co się zmieniło?

Od kilku lat podczas wakacji, gdy uczestniczę w różnych Mszach w niemal całym kraju, obserwuję nowe praktyki kolonijno-religijne. Najpierw myślałam, że może to jakieś niechlubne wyjątki. Msze św. dla wielu obozów dziecięcych i kolonii wyglądają następująco. Mała grupka dzieci wchodzi do kościoła i podczas Mszy św. po prostu w niej uczestniczy. Pozostali koloniści, najczęściej w towarzystwie wychowawców (zwykle niewiele starszych), z minami znużonymi, głośno rozmawiając, żując gumy i gadając przez komórki, okupują przykościelne murki, schodki i inne.

Jeśli dzieci zostały do kościoła ściągnięte przez wychowawców siłą, w co wątpię, to należy się zastanowić, po co takie ceregiele? Wychowawca, który zezwala na przeszkadzanie innym, a do tego przyzwala na hipokryzję, po prostu do zawodu się nie nadaje. Jeśli natomiast to „rodzice chcieli”, żeby dzieci we Mszy uczestniczyły, to przecież ci sami rodzice nie napisali w karcie kolonijnej: „dziecko może siedzieć na murku i gadać”.

Może więc warto, drodzy rodzice, przed wyjazdem na kolonie spokojnie z dzieckiem porozmawiać o kolonijnych niedzielach? I przypomnieć, że w niedzielę na kolonii Msza św., nad morzem czy w górach, to taka sama Eucharystia jak w rodzinnej parafii. A i (zawczasu nawet) warto porozmawiać z wychowawcami kolonijnymi.

Jak wychowywać, to konkretnie. I wszystkich potrzebujących…

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Daniel
    18.07.2013 17:02
    B.dobry artykuł.Całkowicie się zgadzam.
  • Maluczki
    21.07.2013 10:31
    "Może więc warto, drodzy rodzice, przed wyjazdem na kolonie spokojnie z dzieckiem porozmawiać o kolonijnych niedzielach? I przypomnieć, że w niedzielę na kolonii Msza św., nad morzem czy w górach, to taka sama Eucharystia jak w rodzinnej parafii."

    To nie jest sprawa jednej rozmowy. Dziecko po prostu trzeba wychować po katolicku.
    Wychowanie, jest to wstępne ukształtowanie świadomości.
    W wychowaniu dziecka najważniejszą rolę odgrywa matka, bo to ona jest tą osobą z której dziecko przychodzi na świat, jest jego pierwszym autorytetem i ona je wprowadza w ziemskie życie.
    Od tego jakie są matki, zależy przyszłość narodu i cywilizacji, dlatego w Polsce wychodzi około 13 mln egz.jednorazowego nakładu pism demoralizujących dziewczyny i kobiety, bo wrogowie Polski i chrześcijaństwa wiedzą jak je zniszczyć.
    Kościół jest całkowicie bierny w sprawach wychowania kobiet.
    Znowu ten celibat!
  • Łucja
    22.07.2013 21:39
    Niestety, ani wpisanie prośby o uczestnictwo dziecka w niedzielnej Mszy Świętej do karty obozowej, ani rozmowa z kierownikiem imprezy, nie zawsze wystarcza, aby dziecko na tej Mszy Świętej się znalazło. Moje życzenia w tej sprawie zostały całkowicie zignorowane przez trzech kolejnych organizatorów :(. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że mieszkamy w regionie o jednym z najniższych (jeśli nie najniższym) odsetku praktykujących katolików i być może byłam jednym z niewielu rodziców, którzy mieli takie "dziwaczne" i kłopotliwe dla wychowawców zachcianki.
  • Michał
    28.07.2013 19:31
    Felieton przypomniał mi o pewnej zabawnej historii. Otóż w 1992 byłem na kolonii w Toporowej Cyrhli. Nasz pan kierownik zabronił nam uczestnictwa we Mszy Świętej, mimo że długo go prosiliśmy. W zasadzie tak do końca uparł się tylko jeden z kolegów i ja. Drzwi do ośrodka były pilnowane, więc wyszliśmy przez okno tamtejszej szkoły, w której mieszkaliśmy i biegiem do kościoła. Wróciliśmy po Mszy. Nie ma wakacji bez Boga :)
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama