Rodzice z klasą


Tu nie ma jedynek. Książki można czytać na trampolinie, liczyć sztućce na stole, a historię Polski poznawać przy grobie ks. Popiełuszki. To szkoła mamy i taty.


Reklama

Kiedy Mikołaj, Maksymilian i Zuzanna Sobiescy dowiedzieli się, że będą uczyć się w domu, poduszki poszły w ruch. Z radości. Przez kolejny rok zamiast do szkoły, chodzili po drzewach, a książki omijali szerokim łukiem. Ale i tak do końcowych egzaminów, zdawanych w szkole, trzeba było się przygotować. Nie od razu wdrożyli się w domowe tryby edukacji. Bo i takich nie ma. Skoro więc nie nauczyciel, ławka, tablica, szkolne stopnie, klasówki i wywiadówki, to co? Receptę na domową edukację wypisuje życie. Każdej rodzinie osobno.


Pytać do woli


Patrycja Cicha funkcjonowała w trybie „zapracowana mama”. W macierzyńskie serce kłuły ją także szkolne realia, które podczas 10-letniej pracy jako nauczyciel dobrze zdążyła poznać. – W dużej klasie nie ma mowy o indywidualnym podejściu do ucznia. Dodatkowo w szkole wzrasta poczucie anonimowości i poczucie niskiej wartości u dzieci – zauważa. Któregoś dnia, leżąc już w łóżku, analizowała kolejny fatalny dzień. I coś w niej w końcu pękło. – Dłużej nie dam rady – powiedziała. Zrezygnowała z pracy. Przyszła ulga.


W domu 7-letnia Łucja i 3-letnia Gabrysia mogą pytać do woli. Spać też. Pytania zaczynają zazwyczaj zaraz po śniadaniu, gdy na kuchennym stole rozkładają zadania z matematyki, rysują jelenia, który jest królem lasu, lub szlaczki. Łucja świetnie czyta, liczy i nieźle pisze. Właściwie materiał klasy I ma już opanowany. W edukacji domowej to życie jest nauką, a nie podręczniki. Dlatego dziewczynki, nakrywając do stołu, liczą sztućce, równo układają talerze. Potem szkoła przenosi się do lasu, muzeum lub teatru.

– Nie ma typowego dnia. Tu chodzi o spontaniczność i podążanie za naturalną ciekowością dziecka. Chcąc dowiedzieć się, co to jest niepodległość, całą sobotę spędziliśmy z rodziną w Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Podstawę programową zawsze mam z tyłu głowy – to zaledwie 30 minut dziennie – mówi. I dodaje: – Gdy uczy się dzieci w domu, czasu także brakuje, ale nie jest to już taka gonitwa.


Po katolicku i na próbę


Miało być tradycyjnie: przedszkole, a potem szkolna edukacja. Agata Rybczyk, mama Jasia (8 lat), Piotrka (6 lat), Maksymiliana (2,5 roku) i maleństwa, które przyjdzie na świat w czerwcu, z niedowierzaniem patrzyła na grupę trzylatków, którą zajmowała się jeszcze jako nauczyciel wychowania przedszkolnego. – Większość z nich źle znosiła rozłąkę z domem – siusiali w majtki, nie jedli lub siedzieli w miejscu, nie mając ochoty na zabawę – wspomina.


Wśród przedszkolaków był także jej syn. To był pierwszy mocny wstrząs, którego doświadczyła. – W Jasnogórskich Ślubach Narodu Polskiego znaleźliśmy z mężem fragment zobowiązujący rodziców, by „wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, „strzec prawa Bożego, obyczajów chrześcijańskich i ojczystych”, „wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem i otoczyć czujną opieką rodzicielską”. Decyzję o podjęciu edukacji domowej ułatwiła także świadomość tego, co dzieje się w polskim szkolnictwie – wyjaśnia Agata Rybczyk. Z dzieckiem także rozstawać się już więcej nie chciała, więc Jaś poszedł do „domowej” zerówki. Trochę na próbę, bo mąż do edukacji domowej nie miał początkowo przekonania. – Spotkałem się z opinią, że dzieci uczone w domu są mniej społeczne. Miałem duże opory – wspomina Wojciech Rybczyk.
 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama