Kawałek życia dają innym

Pracują z dziećmi w świetlicach i na wakacyjnych wyjazdach. Posługują w zakładach opieki medycznej i hospicjach. Pomagają osobom niepełnosprawnym, działają wśród starszych. Dlaczego?

Reklama

Ksiądz Piotr Brzozowski, wicedyrektor gdańskiej Caritas, koordynuje wolontariat. Swoją opieką obejmuje także szkolne koła Caritas. Podkreśla, że na pytanie: „Dlaczego chcesz pomagać innym?”, większość młodych odpowiada: „Bo chcę dawać radość, uśmiech. Bo wiem, że ludzie tego potrzebują”. Zaznacza, że działanie w wolontariacie wiąże się z pewnym trudem. – Wymaga to zaangażowania, a co za tym idzie rezygnacji ze swojego wolnego czasu, rezygnacji z części przyjemności – podkreśla. Jest jednak także źródłem radości i satysfakcji. – Jeżeli widzimy uśmiech na twarzy osoby, której pomogliśmy, to jest wielka radość – podkreśla.

Mistyczką nie jestem

Basia jest na emeryturze. Trafiła do hospicyjnego wolontariatu, ponieważ zawsze chciała pomagać chorym. Początkowo myślała o służbie chorym na AIDS. Ponieważ jednak do pracy w szpitalu potrzebna była praktyka w wolontariacie, zgłosiła się do swojej parafii. Skierowano ją do Sopotu. Tam stawiała pierwsze kroki. Pomagała dzieciom z ubogich rodzin. To wtedy właśnie otwierano Dom Hospicyjny w Sopocie. Wówczas poczuła, że to jej miejsce. Okazja nadarzyła się kilka dni później, kiedy na Mszy podczas kazania ks. Krzysztof Sagan zaprosił parafian do uczestnictwa w wolontariacie hospicyjnym. Była tam nazajutrz z rana. Z czasem stała się koordynatorem całego wolontariatu Domu Hospicyjnego. Ostatnio usłyszała od jednego z chorych, że wraz z jej wejściem do sali weszło piękno i zaświeciło słońce. – Dla takich chwil warto żyć – przyznaje wolontariuszka. Podkreśla, że źródłem siły są gorące serce i modlitwa. – Nie jestem mistyczką – zaznacza. – Jestem wierząca i praktykująca. Myślę, że to Pan Bóg jednak daje siłę. A otwarte serce i ręce gotowe do niesienia pomocy po prostu się ma – mówi.

Miała blisko

Ewa z zawodu jest inżynierem. Ostatnie lata przed emeryturą pracowała w fundacji, która pomagała zakładać instytucje pożytku publicznego i pozyskiwać środki na ich działalność. Kiedy budowano Dom Hospicyjny św. Józefa, chodziła tu na spacery, bo, jak mówi, mieszka niedaleko. Wówczas nie wiedziała jeszcze, co takiego będzie się mieścić w powstającym budynku. Kiedy usłyszała o dniu otwartym w hospicjum, a kilka dni później słuchała kazania ks. Sagana, nie zastanawiała się. Przyszła do hospicjum. Odbyła odpowiednie szkolenia. – Było nas wówczas 70 osób. Z tamtego rocznika pozostało nas zaledwie kilka – mówi. – Co innego czuć pragnienie pomocy innym, a co innego realizować się tutaj na miejscu – komentuje fakt wykruszania się ludzi, którzy na wolontariat się zdecydowali.

Miłość silniejsza niż śmierć

Mimo że niektórzy domownicy odeszli już dawno, żyją w pamięci wolontariuszy. Jak chociażby dziesięciolatek, który umarł w czasie Mszy św. w hospicyjnej kaplicy, albo chorzy, którzy w czasie pobytu w domu hospicyjnym stali się narzeczeństwem. Kiedy ona umarła, on wytrwale zjeżdżał co miesiąc na Msze dla rodzin w żałobie i tam zapalał jej świeczkę. – Chciał mieć ją blisko siebie, choćby w ten sposób – opowiada Basia. - Był też taki przypadek, że do mężczyzny, który przebywał w naszym domu, przyjeżdżała w odwiedziny jego była żona. Wyzdrowiał. A kiedy wyszedł z hospicjum, pobrali się ponownie. Później przyjechali do hospicyjnej kaplicy podziękować Panu Bogu – mówi ze wzruszeniem Ewa. – Był też taki przypadek, że do hospicjum trafił chłopak przed trzydziestką. Miał narzeczoną. Mimo że rokowania nie były dobre, wzięli ślub. Odszedł po tygodniu – opowiada Basia.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama