Dobro dzielone na pięć

Z kromek chleba, które rozdała ta organizacja, można by już pewnie ułożyć linię opasującą ziemski glob. Od 20 lat Katolickie Stowarzyszenie Pomocy im. św. Brata Alberta w Płocku nie tylko karmi głodnych i bezdomnych, ale też pomaga bezrobotnym i zapewnia opiekę dzieciom i młodzieży.

Kamienica przy ul. Kościuszki 5, w której toczy się codzienne życie stowarzyszenia, za swoją dość podłą fasadą ukrywa zaskakująco przyjemne pomieszczenia pięciu dobrych dzieł. Działają tu świetlica dla dzieci, klub profilaktyki środowiskowej, dom dziennego pobytu dla osób starszych, jadłodajnia „Kromki chleba” i Centrum Integracji Społecznej. – Na początku cieszyliśmy się ogromnie z każdej nowej otwieranej jednostki – wspomina minione 20 lat Anna Kozera, prezes Stowarzyszenia im. św. Brata Alberta, które jest najstarszą organizacją pożytku publicznego w Płocku. Przyznaje jednocześnie, że coraz trudniej jest dziś prowadzić taką działalność.

Dla każdego coś dobrego

Szaleństwo, jakie opanowało Polskę na punkcie tańca, daje się odczuć i w albertowej świetlicy. Starsze dziewczęta chętnie prezentują własne układy do melodii piosenki Shakiry, a młodsze całkiem udanie je naśladują. Tu mogą wyładować swoją energię; tu mogą też dobrze i pożytecznie spędzić popołudniowe godziny po szkole. Świetlica to jedno z najstarszych dzieł stowarzyszenia. Niektórzy z jej wychowanków spędzili tu sporą część swojego młodego życia. Obecnie przychodzi do niej 20 dzieci z Płocka w wieku od przedszkolnego do 13. roku życia, które spędzają tam czas pod opieką wychowawczyń: Moniki Kowalskiej i Magdaleny Tomczak. W świetlicy są pokój lekcyjny i sala zabaw, m.in. z komputerem i magnetofonem. Jest też sporo gier planszowych, są książki. Można odrobić pracę domową, pobawić się, zjeść wspólnie przygotowany posiłek. – Staramy się uczyć dzieci samodzielności, dbania o siebie i otaczającą przestrzeń. Gdy uporamy się z lekcjami, robimy podwieczorek. Dzieci raczej chętnie w tym uczestniczą, są dumne, że same coś zrobiły, i lepiej im wszystko smakuje. Zauważyłyśmy, że te młodsze, z klas I–III, są nawet bardziej samodzielne niż starsze – mówi pani Monika. W świetlicy jest podział zadań, obowiązują też dyżury, żeby było sprawiedliwie. – Nie ma tu przymusu – zaznacza jednak pani Magdalena. – Wszystko, co tu robimy, jest na zasadzie proponowania i zachęcania.

Na ścianie pracowni wisi spora galeria zdjęć. To fotografie z wycieczek, zabaw i wydarzeń, w których przez ostatnie lata uczestniczyli podopieczni. Obok dumnie prezentuje się dyplom potwierdzający udział dzieci ze świetlicy w miejskiej grze. Najbliższe plany to feryjny wyjazd do Stróżewka, wyjścia na pływalnię, do kina i na bal karnawałowy. Klub profilaktyki środowiskowej to z kolei „młodszy brat” świetlicy. Tu także panuje dyscyplina, ale udział w zajęciach jest dobrowolny. Jak przyznaje wychowawczyni tej jednostki, młodzież najchętniej korzysta z siłowni; zmienną popularnością cieszą się bilard i gra piłkarzyki. Co tydzień w ramach zajęć świetlicy są wyjścia na basen, ale to też nie jest dla wszystkich obligatoryjne. Dzieci lubią zajęcia kulinarne; przygotowują wspólnie ciasta, desery, sałatki. A jak przebiegają rozmowy profilaktyczne? – To nie jest tak, że siadamy przy stole i umawiamy się, że będziemy dyskutować na jakiś temat. Formuła szkolna odpada, natomiast najczęściej wychodzi to naturalnie, gdy sami gromadzą się i zaczynają rozmawiać. Wtedy można podjąć jakiś problem – wyjaśnia instruktorka. – Wielu z naszych podopiecznych ma za sobą historię, która nie jest przyjemna. Tutaj muszą odczuć, że można inaczej żyć.

Trudna codzienność

– Bardzo się cieszymy, że ta organizacja, która powstała z maleńkiego zalążka, tak się rozwinęła. Przez ten czas pomagaliśmy coraz szerszemu gronu osób, rzeczywiście zasługujących na pomoc. Trudno mi teraz powiedzieć, który z tych obszarów jest mi najbliższy. Kocham dzieci, kocham młodzież, którą można wyprowadzić na dobre tory, jeśli dobrze się nią zajmiemy. Ale też bardzo współczuję osobom starszym i tym najbiedniejszym. To one są najbardziej wierne i potrafią docenić, co się dla nich robi – mówi Anna Kozera. Jednak taka wielość przedsięwzięć, przy coraz bardziej okrojonych środkach, powoduje, że stowarzyszenie ma trudności z pokryciem bieżących wydatków. Okazuje się, że ci, którzy pomagali, sami tej pomocy teraz potrzebują. – Jeszcze kilkanaście lat temu było znacznie łatwiej pracować w stowarzyszeniu. Mieliśmy więcej wolontariuszy, było także więcej dotacji z zakładów pracy. Życie było tańsze. W tej chwili przybywa podopiecznych, bo przybywa biedy; zatem potrzeby są większe. Jednocześnie coraz droższe są media: światło i ciepło; z każdym rokiem dochodzą też nowe, nieprzewidziane wydatki – wyjaśnia pani prezes.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja