Niedzielne przedszkole

Jedne wolnym kroczkiem na piechotę, inne w spacerówkach lub na rowerkach, a jeszcze inne... w brzuchu mamy. Za to wszystkie w jednym celu. Na niedzielną Mszę św. dla przedszkolaków.

Reklama

Przybywają z całej Warszawy, a nawet okolic. Dzieci parafialne są w mniejszości, bo to przecież okolica senioralna.

Co jest pod sutanną?

Przedpołudnie. Dolny kościół Świętego Krzyża w Warszawie. Co odważniejsze maluchy same siadają w pierwszych rzędach albo stoją przed ołtarzem. Siostra Ewa śpiewa i gra na gitarze. W rytm muzyki młoda dziewczyna rozgrzewa maluchy, pokazując gesty do piosenki. Czterolatce, która przyszła tu po raz pierwszy, to właśnie ta „tańcząca pani” podoba się najbardziej. Tym bardziej że na koniec rozdaje dzieciom lizaki. Ks. Paweł Rycyk, duszpasterz przedszkolaków, w ramach aktu pokuty zachęca dzieci, by przeprosiły rodziców, a potem rodziców, by przeprosili dzieci. Następuje seria przytuleń, buziaków i uśmiechów. Czytania przygotowują najmłodsi. By dostać się do mikrofonu, stają na drewnianym krześle. W międzyczasie energiczny dwulatek wdrapuje się na fotel w prezbiterium i siedząc obok kapłana, z ciekawością rozgląda się po sali, którą przed chwilą przemierzał wzdłuż i wszerz. – Na początku jest różnie, ale trudno od przedszkolaków wymagać, by przez 50 minut stały na baczność. Pozwalamy na to, bo przecież przez samo uczestnictwo we Mszy św. dzieci się do niej przyzwyczajają. W szkole dowiedzą się, co to jest kościół i jak się w nim należy zachowywać – wyjaśnia duszpasterz. Faktycznie, można powiedzieć, że dzieci tu „robią, co chcą”. Mają ze sobą zabawki, butelki z piciem, bez skrępowania wymieniają się poglądami i... wchodzą księdzu pod sutannę. Ale, jak zgodnie przyznają dorośli, to jest atut tego miejsca. – Nie napotykam surowego wzroku dorosłych, karcących mnie za biegającego syna. Tutaj rodzic rodzica zrozumie – wyjaśnia jedna z mam.

Także dla rodziców

Homilie są często inscenizowane. Dużo się podczas nich dzieje. Wprowadza się rekwizyty, zadaje maluchom pytania i zaprasza do udziału w zabawach. W czasie kazania dzieci nie nudzą się, bo są aktywizowane. Czasami angażuje się też rodziców. – Zapraszam odważnych tatusiów, by zbudowali nam namiot – ogłasza ks. Paweł. Panowie chętnie podchodzą, bo to przecież praca konstrukcyjna, a do tego przywołuje wspomnienia z własnego dzieciństwa. I już za chwilę grupka maluchów chodzi na czworakach między krzesłami nakrytymi kocem. Rodzice bardzo pomagają, bez nich nic by się właściwie nie odbyło. – Gdy wystawialiśmy jasełka, to prace koordynowała wprawdzie s. Ewa, ale jednak sami rodzice byli odpowiedzialni za dekoracje, rekwizyty, stroje, światło czy dźwięk. Kilkoro było też aktorami w przedstawieniu – chwali ks. Paweł. Duszpasterstwo przedszkolaków to także duszpasterstwo rodziców. – Mówiąc do dzieci, mówi się bardzo dużo do ich matek i ojców. Dodatkowo po nauce dla dzieci zawsze kieruję kilka zdań do dorosłych. Jak zadaję prace domową, to rodzice czują się za nią odpowiedzialni, bo takie maluchy o pewnych rzeczach pamiętać nie będą – wyjaśnia ks. Paweł.

To bardzo ważny moment...

Modlitwę powszechną spontanicznie „obstawiają” przedszkolaki. Kilka powtarzających się intencji: za brata czy siostrę, za zdrowie babci i dziadka. I nagle pada: „Żeby się rodzice więcej nie kłócili”. – O tak, za to módlmy się podwójnie – podchwytuje ks. Paweł, a mama i tata chłopca zapewne purpurowieją w ławce. W czasie Przeistoczenia kapłan próbuje skupić uwagę przedszkolaków na najważniejszym. – To bardzo ważny moment. Uklęknijcie, złóżcie ręce do modlitwy i patrzcie na ołtarz – zachęca. Nie wszyscy zrozumieli, co trzeba robić i po co, ale za przykładem innych przez chwilę wyciszają się. Duszpasterstwo przedszkolaków nie zamyka się tylko we Mszy św. dla najmłodszych. Są weekendowe ogniska za miastem, wyjazdy całodzienne na wieś, mecze piłki nożnej rodziców, koncerty profesjonalnych zespołów, teatrzyki okolicznościowe czy wspólne śpiewanie skocznych piosenek patriotycznych. Odbywają się też chrzty. – Widzę, jak dzieci wzrastają. Można powiedzieć, że niektóre znam jeszcze z czasów, gdy były u mamy w brzuchu, a teraz chodzą do szkoły i uczestniczą we Mszy św. dla dzieci. Czasami przy rodzeństwie wracają i bardzo się angażują w pomoc na rzecz młodszych – wyjaśnia s. Ewa.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Czytelnik
    14.04.2014 14:05
    Być może będę źle odebrany, ale nie mam przekonania do tego typu "wychowywania liturgicznego". Dlaczego? Bo finał jest najczęściej taki, że będąc dzieckiem lub młodzieżą ma się Mszę św. lekką, łatwą i przyjemną, a kiedy jest się dorosłym (czy kiedy wkracza się w dorosłość i ma się przestawić na "dorosłe" Msze św.), to staje się ona dla wielu nudna, niezrozumiała - pojawia się nieznany repertuar, trzeba zacząć się inaczej zachowywać, nie ma klaskania itp... Poza tym uważam, że do odczuwania sacrum i wszystkiego, co jest z nim związane (a więc pewna powaga, brak rozrywkowego traktowania liturgii), należy wychowywać od najmłodszych lat. Kolejna sprawa to pytanie, czy można Mszę św. tak szatkować na jakieś grupy? Czy nie ma mieć ona zawsze i wszędzie charakteru katolickiego, czyli powszechnego, czyli takiego, gdzie może odnaleźć się każdy? Poza tym - gdyby tylko trzymać się wytycznych Kościoła - to czy taka forma Mszy św. przewidziana jest przez Kościół w jego dokumentach dotyczących liturgii? Jest sporo pytań i wątpliwości, na które nikt mi nie udziela sensownych odpowiedzi. A praktycznym sprawdzianem jest to, że najlepiej Mszę św. przeżywają w dorosłości dzieci, które pochodzą ze wsi i gdzie nie stosuje się podobnych eksperymentów. A ci z miasta bardzo szybko żegnają się z Kościołem (kościołem także)... Pozdrawiam.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama