Ekipa ratunkowa

- Lekarz powiedział nam, że nie ma szans, aby dziecko urodziło się zdrowe i że jeśli w ogóle przyjdzie na świat, będziemy je odwiedzać w hospicjum. - Czy chcecie takiego życia? - to zabrzmiało jak wyrok.

Reklama

W mieszkaniu Elżbiety i Konrada Kaczmarskich pełno papieskich obrazków. W dziecinnym pokoju – papież staruszek tulący małe dziecko, w tym dużym – portret ojca świętego obok Matki Bożej Częstochowskiej. – Ta ekipa uratowała nam syna. Dlatego jakiś czas temu w pielgrzymce dziękczynnej zostawiliśmy przed jasnogórskim obrazem pierścionek zaręczynowy jako podziękowanie za nasze szczęście – podkreśla pani Ela.

Życie, którego nie miało być

Nic nie wskazywało na to, że w doskonale układające się życie dwojga młodych małżonków wedrą się jak nawałnica dni niesamowicie ciężkich decyzji i trudnej walki o życie i zdrowie ich dziecka. Mimo chwilowych zawahań, a nawet do dziś bolących decyzji, wiedzą, że ktoś czuwał nad tym wszystkim, że nad życiem Piotrusia czuwał inny Piotr. – Przez kilka lat modliłam się o dobrego męża. W mojej książeczce ta strona z modlitwą była wytarta i zniszczona, bo wracałam do niej prawie codziennie. Opłaciło się. Gdyby nie Konrad, chyba nie przetrwałabym tych dni – wspomina Ela.

Gdy ich pierwsze dziecko, Paulinka, była już kilkuletnim maluchem zdecydowali wspólnie, że czas, aby miała rodzeństwo. – Szczęśliwie zaszłam w ciążę, czułam się świetnie. Zaplanowaliśmy z Konradem, że będę aktywna zawodowo jak najdłużej. Czułam, że to będzie synek. Już wtedy miał imię – Piotruś. Przyszedł trzynasty tydzień ciąży, gdy zaczęły się problemy. Podczas badań wyszło, że mam olbrzymie torbiele. Lekarz pytał, czy brałam jakieś leki, bo to niemożliwe, że w takim stanie zaszłam w ciążę. Zlecono mi zrobienie markerów nowotworowych, co zabrzmiało prawie jak wyrok – wspomina E. Kaczmarska. Każde badanie, na które kierowano przyszłą mamę, nie napawało optymizmem. Badano ją i malutkie życie, które – jak twierdzono – nie miało prawa się rozpocząć, a tym bardziej żyć już tak długo. – To były straszne dni: niepewność, strach i bezsilność. Czekanie na każdy wynik jak na wyrok, a każdy z lekarzy dodawał tylko, aby nie spodziewać się niczego dobrego, by sobie niczego nie obiecywać. Robili to, co najgorsze. Zabierali nam nadzieję – dodaje Konrad Kaczmarski.

Diagnoza była przerażająca. – Jak stwierdził lekarz, poprzez nieprawidłowe zapłodnienie spowodowane torbielami, płód jest jednym kłębkiem wad genetycznych. Naszemu dziecku miało grozić wodogłowie oraz cały szereg chorób, które albo miały spowodować, że się w ogóle nie urodzi, albo jeśli nawet, to będzie w dużym stopniu niepełnosprawne – opowiada ze wzruszeniem pani Ela.

Piotruś zaczął kopać...

Podczas rozmowy lekarz sugerował im terminację ciąży. Bo istniało duże prawdopodobieństwo, że dziecko umrze w łonie matki i może stać się zagrożeniem dla jej życia. – Któregoś z tych ciężkich dni kupiłam taki zwykły kalendarz ścienny ze zdjęciami papieża. Na ostatniej stronie było zdjęcie, jak papież już w podeszłym wieku chrzci małe dziecko. Pomyślałam wtedy, jak bardzo bym chciała choć ochrzcić mojego Piotrusia. Nie wiem dlaczego, ale włożyłam ten kalendarz do teczki z badaniami. Codziennie modliłam się do bł. Jana Pawła o mojego Piotrusia – dodaje. Mieli kilka dni na podjęcie trudnej decyzji. Modlili się, dawali na Mszę św., jednak wyniki kolejnych badań były bezwzględne. Ciąża nie miała przyszłości.

– Podczas rozmowy z naszym proboszczem usłyszałam o św. Joannie Beretcie-Molli. Czytałam o niej dużo, jednak nie byłam gotowa na taki heroiczny czyn jak ona. Po wielu konsultacjach lekarskich skierowano nas do Łodzi. Przepłakałam niejedną noc, żegnając się z Piotrusiem, zanim jeszcze mogłam go powitać i wziąć w ramiona. To chyba jest najstraszniejsze dla matki. A on od jakiegoś czasu tak kopał, jakby czuł, co się dzieje – opowiada, ocierając łzy, Ela. – Najcięższa dla mężczyzny i ojca jest bezsilność. Wiesz, że pan Bóg powierzył ci te osoby, byś je chronił, a tu totalna bezsilność i brak wsparcia – dodaje Konrad.

Pierwszy termin, aby usunąć ciążę, wyznaczono im na 8 grudnia. – Stwierdziłam, że w tym dniu tego nie zrobimy. Wróciliśmy do domu – wspomina Ela. Było jeszcze kilka badań i kolejna wyznaczona data w Łodzi. Po przyjeździe na miejsce jeden z lekarzy zalecił im jeszcze jedno badanie USG. – Przyszedł bardzo młody lekarz, nie chciał nic wiedzieć, aby się nie sugerować w badaniu. Po kilku minutach mówi: „Ale piękny profil dziecka. Ustawia się jak do zdjęcia. Rzadko kiedy dziecko tak się prezentuje”. Gdy opowiedziałam mu, po co tu jesteśmy, dodał, że to wszystko chyba nie tak, bo on żadnych wad nie widzi, a wręcz przeciwnie – dziecko jest jak najbardziej prawidłowo rozwinięte. Kolejne badania to było coś niesamowitego. Nic z poprzednich się nie powtórzyło. Wszystko wróciło do normy. Ktoś czuwał. Została tylko gorycz, że podjęliśmy taką decyzję wobec naszego dziecka. Ale wbrew nadziei pojawiła się wielka radość – wspomina Ela.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama