Bez prawa wyboru

Nauczyciel pierwszoklasisty może sobie teraz wybrać podręcznik, jaki mu się podoba, pod warunkiem, że będzie to „Nasz elementarz”.

Reklama

Jesteśmy świadkami spektaklu z gatunku „Polak potrafi”. Premier i minister z dumą obwieszczają, że rząd na przekór malkontentom będzie w stanie dostarczyć rodzicom pierwszych klas elementarz, za który nie zapłacą. Dla takiego celu państwo łamie wszelkie ustanowione przez siebie reguły. Dwa tygodnie na konsultacje zawieszonego na ministerialnej stronie fragmentu podręcznika to kwintesencja tego, jak rząd traktuje nauczycieli i rodziców. Uznaje, widać, że jest im całkowicie obojętne, z jakiej książki będą się uczyć maluchy. Ważne, by była jedna i za darmo. Duma z tego, że w kilka tygodni udało się pokazać nowy podręcznik, ma w sobie coś z ducha przodowników pracy socjalistycznej. Jest w niej także ów rewolucyjny zapał: drodzy rodzice, nie zawahamy się wywrócić do góry nogami całego systemu, byle zostało wam w kieszeni 200 zł.

Jak za Gierka

Joanna Kluzik-Rostkowska nie chciałaby zapewne być kojarzona z PRL, ale to, co robi, nie jest niczym innym jak powrotem do czasów, gdy był jedynie słuszny jeden program i jeden podręcznik. Przez ostatnie 25 lat wszyscy przyzwyczailiśmy się, że w polskiej szkole przestała obowiązywać „urawniłowka”. Bez względu na to, kto rządził, honorowano zasadę, że ponieważ dzieci nie uczą się w tym samym tempie i dorastają w różnych środowiskach, nauczyciel, który najlepiej zna klasę, może do jej potrzeb dostosować sposób nauczania. A co za tym idzie – program i podręcznik. Teraz tę możliwość traci. Do każdej szkoły – miejskiej i wiejskiej – do klas, gdzie są dzieci 6-letnie i starsze, trafi ten sam elementarz. Wracamy do czasów Edwarda Gierka. By pozbawić rodziców alternatywy, rząd przyjął tzw. duży projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty. W Sejmie już jest po jego pierwszym czytaniu. Szaleńcze tempo wprowadzania „darmowego” elementarza nie pozostawia wątpliwości, że chodzi o zyskanie głosów przed wyborami samorządowymi. Trudno inaczej uzasadnić zrezygnowanie z normalnej procedury recenzowania podręcznika i jego profesjonalnego pilotażu. Będzie on testowany na żywym organizmie 550 tys. dzieci. I to w najgorszym momencie, gdy do pierwszych klas trafią jednocześnie dwa roczniki.

Dwa lata w dwa miesiące

– Proszę mi pokazać lepszego autora! – zalicytowała minister Joanna Kluzik-Rostkowska, prezentując na konferencji prasowej pierwszą część „Naszego elementarza”. Maria Lorek, która go firmuje, jest rzeczywiście jedną z najbardziej znanych postaci na tym rynku, choć programy szkolne i podręczniki pisała w latach 90., a dziś zajmuje się głównie przedszkolami. Ale jest prezesem Stowarzyszenia Nauczycieli Edukacji Początkowej oraz Fundacji „Elementarz”, która prowadzi 21 szkół i ponad 100 przedszkoli. Jej ostatnia książka „Włącz Polskę” miała specyficzny charakter, był to bowiem podręcznik dla dzieci dorastających na emigracji. Obawiano się, że właśnie on zostanie wykorzystany jako podstawa nowego elementarza, co byłoby karkołomnym pomysłem. Tylko jak inaczej w dwa miesiące wykonać pracę, która normalnie trwa dwa lata? Autorka wyjaśniła, że jest to możliwe, bo wcześniej napisała program „Ja i my”, na podstawie którego właśnie powstaje podręcznik. Będzie składał się z czterech części na kolejne pory roku szkolnego. – Dobry podręcznik nie powstaje w trzy miesiące, bo to nie kolorowa książka z obrazkami, wymaga testów i sprawdzenia – mówi Beata Nadarzyńska, nauczycielka z 26-letnim doświadczeniem, współautorka serii „Tropiciele”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama