Nawet do ministra!

– Najpierw założyłam grupę na Facebooku i opisałam, co zamierzam. Kiedy okazało się, że po 10 minutach należało do niej ponad 100 osób, zrozumiałam, jak wiele mam chce należeć do takiego klubu i że nie mogę się wycofać – mówi Monika Bursztynowicz.

Reklama

Regularne spotkania ze specjalistami i ciekawymi ludźmi, szerokie grono znajomych z podobnymi problemami i radościami, wspólne wyjścia, wymiana doświadczeń i wzajemna pomoc – to tylko część zalet członkostwa w klubie mam. Te w naszej diecezji – w Skierniewicach i Łowiczu – wciąż poszerzają horyzonty. Ich imprezy to już nie tylko spotkania dla zrzeszonych, ale często dla całego miasta. Tak było w przypadku Dnia Dziecka i wielu innych imprez.


Zgrany team


– Moje dziecko miało kilka miesięcy, siedziałam sama w domu, koleżanki nie miały swoich pociech i myślałam, że zwariuję – wspomina M. Bursztynowicz, pomysłodawczyni Klubu Mam w Skierniewicach. – Pomyślałam, że skoro w Warszawie i wielu innych miastach mamy potrafią się zrzeszać, to czemu u nas miałoby być inaczej? Kiedy na moje zaproszenie na Facebooku odpowiedziało kilkaset osób, zaczęłam działać. Wiedziałam, że muszę znaleźć grupę zaufanych osób, z którymi podzielimy się obowiązkami.


Pracownicy MOK odesłali ją do Ireny Reszki, która uczestniczyła w poprzednim Klubie Mam i jako jedna z niewielu wykazywała się zmysłem organizacyjnym. 
– Monika przyszła do mnie do firmy i opowiedziała o swoim pomyśle – mówi pani Irena. – Szybko okazało się, że myślimy bardzo podobnie, mamy te same dążenia i plany. Co więcej, przypadłyśmy sobie do gustu i dziś łączy nas przyjaźń, która pomaga jednomyślnie działać na rzecz klubu.


Założycielki zaprosiły do współpracy jeszcze dwie mamy, jednak organizacja zaczęła pochłaniać tak wiele czasu i energii, że nie każda mogła sobie na to pozwolić. Po jakimś czasie do drużyny dołączyła Ewa Głowacka, odpowiedzialna za prowadzenie bloga.


– Może się wydawać, że taki klub mamy to nic trudnego, raz dwa i jest, ale w rzeczywistości wymaga on od nas ogromnego zaangażowania, kreatywności, a czasem uporu – opowiada pani Monika, mama małej Zosi. – Może fakt, że do czasu otwarcia odbyłam 60 spotkań, jakoś to zobrazuje. Napisanych i wysłanych dokumentów nie zliczę. Trzeba zapukać do wielu drzwi, by otworzyły się te jedne, za którymi stoją sprzymierzeńcy. Cztery miesiące zajęło nam przygotowanie się do otwarcia. Ale doping zadowolonych mam dodaje nam sił i wiemy, że warto się trudzić.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama