Niebo się otwarło

Rzadko się zdarza, żeby na dokumentach stwierdzających zawarcie małżeństwa zamiast podpisu był odcisk palca.

Reklama

Siedem lat temu wreszcie zdecydował ostatecznie: nie chcę być bratem zakonnym, chcę kochać kobietę – do końca swojego życia, tę jedną, jedyną. Zalogował się na portalu „Adonai” i umieścił na wirtualnej tablicy list.

Witam Cię!

Jestem Tomek. Długo myślałem nad tym „ogłoszonkiem”, gdyż nie lubię się reklamować. No cóż, jednak w moim przypadku trudniejsza jest inna forma spotkania, poznania Tej Jedynej, net jest, póki co, jedynym moim realnym wyjściem do ludzi... Wiem, że muszę dać szansę BOGU na dokonanie kolejnego cudu w moim czasem trudnym, ale szczęśliwym życiu. Jestem magistrem sztuki – grafikiem intermedialnym, wspaniale czuję wszystkie „narzędzia”, możliwości kreacji, które daje mi sztuka intermedialna. Pasjonuje mnie to i jest moim życiem oraz wyzwoleniem z moich fizycznych ograniczeń. – Byłam świeżo po rozstaniu z mężczyzną, którego poznałam na portalu „Adonai”. Facetów miałam dość. Weszłam na stronę nie po to, żeby szukać kolejnego. Chciałam poznać ludzi, którzy pomogą mi odnaleźć się we Wrocławiu. Zaczęłam tu mieszkać zaledwie pół roku wcześniej, ciągle czułam się obco. Było mi źle – wspomina Karolina.

„Adonai” to nie jest portal randkowy, to platforma dla tych, którzy chcą odnaleźć ludzi wyznających wartości ewangeliczne, szukających pogłębionego życia duchowego, dążących do rozwoju wiary. – Zajrzałam do zakładki: „Nowi”. List Tomka zaintrygował mnie. Pomyślałam, że chciałabym mu poświęcić jakiś dzień. Zaczęliśmy korespondować ze sobą. Trwało to z półtora miesiąca, zanim zdecydowaliśmy się spotkać. Pojechałam do niego jako samarytanka, miłosierna „matka Polka” – mówi. W tym momencie wiedzieli o sobie sporo. Rozmowy na gadu-gadu do drugiej w nocy nie były banalną wymianą frazesów i informacji na temat pogody.

Nie miałem łatwego początku

17 grudnia Roku Pańskiego 1975 zostałem obdarowany czterokończynowym mózgowym porażeniem dziecięcym. Różne są stopnie mózgowych porażeń, mam jedno z najgorszych. Mądrzy mówili, że nic ze mnie nie będzie, lekko się pomylili. Pomimo takiej otuchy i zapewnień lekarzy Mama moja nie poddała się, zaczęła rehabilitować mnie od pierwszych tygodni mego życia. W 13. roku zacząłem rehabilitację metodą Domana, przez ponad 6 lat ćwiczyłem po 14 –16 godzin dziennie. – Kiedy weszłam do mieszkania, nie czułam żadnego lęku przed tym, kogo i jakiego zobaczę – mówi Karolina, która zazwyczaj czuje się nieswojo w nowym towarzystwie. – Wizyta trwała około czterech godzin. Byłam u siebie. Tomek opowiadał o swoim życiu: o grafikach, o filmach, które robił, o projektach, w które był zaangażowany, i o muzyce, którą komponował. Przyznam się do czegoś: niewiele go rozumiałam. Przytakiwałam jednak, uśmiechałam się i kiwałam „ze zrozumieniem” głową. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z kimś tak mocno niepełnosprawnym – wyznaje po latach.

Warto było

Bez tego nie byłbym tym, kim teraz jestem. Dla kogoś, kto niegdyś praktycznie nic nie był w stanie zrobić, możliwość samodzielnego poruszania się po mieszkaniu, ubierania się, pracy na komputerze bez jakichś wymyślnych przystosowań, jest szczytem radości z osiągnięcia takiej sprawności. Niestety w oczach innych nadal jest ona mała. Potrzebuję pomocy w codziennych sprawach. Trzeba mnie nakarmić, nie radzę sobie z wszelkimi guzikami, rozporkami i sznurówkami. Mowa moja jest dość ciężko zrozumiała dla kogoś, kto rzadko ze mną przebywa. – Dowiedziałam się, że na ogłoszenie na portalu odpowiedziało chyba ze dwadzieścia dziewczyn. I wtedy było: Mamo, ratuj! Po namyśle Tomek zdecydował się na kontakt ze mną, bo… mieszkałam najbliżej – uśmiecha się.

Dla Tomka Karolina nie była pierwszą dziewczyną, z którą się spotykał. Jedna czy druga wcześniejsza koleżanka nie wytrzymała jednak ciężaru odpowiedzialności za chłopaka. Bały się zaangażowania emocjonalnego. Niepełnosprawność była mocną barierą dla uczuć. On sam miał tego dosyć. – To było bardzo dołujące – mówi. – Widziały we mnie przede wszystkim kogoś, komu trzeba pomagać, kim trzeba się zajmować, kto nie jest samodzielny na tyle, na ile by tego oczekiwały. Powiem to: z każdą taką znajomością bardzo mocno czułem presję upływającego czasu i kurczących się możliwości, więc nie było wesoło. Kto wie, czy tamto ogłoszenie nie było jakimś aktem chwilowej desperacji – zastanawia się. – Chciałem normalnego życia. Bardzo chciałem, a nawet pragnąłem, dlatego podejmowałem konkretne działania – deklaruje. Tego nauczył się od św. Ignacego Loyoli.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama