Marzenia bezdomnego

Jednego są pewni. O nikim nie da się powiedzieć, że nie rokuje. Doświadczenie ponad 20 lat pracy z osobami uzależnionymi i bezdomnymi pokazuje, że nawet ci, którzy – wydawało się – są bez szans, stawali na nogi.

Reklama

Kilka lat temu w biurze Charytatywnego Stowarzyszenia Niesienia Pomocy Chorym Uzależnionym od Alkoholu „Nadzieja” zadzwonił telefon. Lekarz ze szpitala w Parczewie prosił, by przyjąć do hostelu dla bezdomnych ich pacjenta po odwyku. Odebrał Krzysztof Leszczyński. – Wie pan, to stary kawaler i nie rokuje, ale trzeba coś z nim zrobić – usłyszał. Okazało się, że pan grubo po czterdziestce, z trudną historią picia i poniewierki był jednym z najwytrwalszych w walce o powrót do społeczeństwa w historii ośrodka. – Spotkałem go niedawno na naszych Dniach Nadziei, które organizujemy co roku. Okazało się, że nie tylko nie pije, ale ma pracę, założył rodzinę, urodziło mu się dziecko – mówi prezes „Nadziei”.

Trudno na ulicy samemu

Kiedy 22 lata temu powstawało stowarzyszenie, nie było w Lublinie miejsca, gdzie mogliby się podziać ludzie wychodzący z oddziałów odwykowych szpitala. Trafiali więc w środowiska, z których pochodzili. A tam czekali koledzy od kieliszka. Znajomi i rodzina, jeśli taka była, raczej nie okazywali wsparcia.

Nierzadkie były też przypadki, że nie było dokąd wrócić, bo nikt nie chciał wpuścić do domu. Ludzie więc znajdowali się na ulicy. Znalazł się tam także pan Zbyszek, bo za wcześnie zapisał swoim dzieciom mieszkanie. – Nie mam do nich pretensji. Sprzedali mieszkanie i mają z tego jakiś zysk, a ja może bym je przepił – mówi. – Kiedy wyszedłem z odwyku, naprawdę chciałem być trzeźwy, ale wtedy okazało się, że nie mam już mieszkania. Trafiłem na ulicę, a tam bezdomni też mają swoje zasady. Jeśli chcesz z nimi przestawać, musisz wejść w ich schematy. Trudno na ulicy być samemu bez żadnego kumpla – dodaje. Tak wrócił do alkoholu. Stowarzyszenie dało miejsce, gdzie ludzie, którzy chcieli stanąć na nogi, mogli otrzymać pomoc.

– To bzdury, że bezdomność jest z wyboru. Nie znam żadnego bezdomnego, który będąc młodym człowiekiem, wyobrażał sobie, że spędzi życie na ulicy jako kloszard, chodząc po śmietnikach i pijąc tanie wino w krzakach – przekonuje pan Zbyszek. – Tak potoczyło się ludzkie życie. Czasami trudno powiedzieć, czy alkohol jest przyczyną bezdomności, czy bezdomność przyczyną alkoholizmu. Problem jest wtedy, gdy ktoś na czas nie znajdzie miejsca i pomocnej dłoni. Jeśli wiele lat jest bezdomnym, nie ma zwyczajnie siły na walkę z nałogiem, na naukę nowego zawodu. Wtedy łatwiej zostać na ulicy. Nie znaczy to jednak, że bezdomny nie marzy o domu i tzw. normalności. Marzy, tylko nie znajduje w sobie siły, by o normalność zawalczyć – tłumaczy.

Krok za krokiem

Dziś przez struktury „Nadziei” przewija się około 500 osób rocznie. Z tego jakieś 12–15 osób wychodzi na prostą. – Ktoś może powiedzieć, że to mało. My uważamy, że to całkiem pokaźna liczba. Znając tych ludzi, ich trudne historie i siłę nałogu, wiemy, ile trzeba wysiłku, by wytrwać w trzeźwości, często nauczyć się nowego zawodu, znaleźć pracę i od nowa nauczyć się odpowiedzialności za własne życie. W wielu przypadkach oznacza to np. spłacanie długów. Ogrom pracy, jaką trzeba wykonać, by wrócić do społeczeństwa, jest wręcz niewyobrażalny, dlatego nawet te kilkanaście osób rocznie, którym się udaje, to wielki sukces – podkreślają pracownicy stowarzyszenia. Pod opiekę „Nadziei” trafiają różni ludzie. Jedni przychodzą sami, nie mając się gdzie podziać, innych przywozi policja czy kierują różne ośrodki pomocy. Przedział wiekowy jest bardzo różny. Najmłodsi podopieczni mają 19 lat, najstarszy przekroczył 80.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama