Hiszpańskie schody

Prawicowy rząd Mariano Rajoya postanowił, że obiecywana od lat ustawa, która mogłaby ograniczyć liczbę aborcji w Hiszpanii, wyląduje w koszu.

Reklama

Jest to historia niezwykłego paradoksu. W roku 2010 rządząca wówczas partia socjalistyczna uchwaliła ultraliberalną ustawę aborcyjną, choć takiej propozycji nie było w jej programie wyborczym. W roku 2014 rządząca prawicowa Partia Ludowa zdecydowała zachować ustawę socjalistów, choć jej obalenie stanowiło jeden z najważniejszych punktów jej wyborczych obietnic. W obu przypadkach wyborcy zostali nabici w butelkę, w sposób charakterystyczny dla współczesnych, neoliberalnych demokracji zachodnich. Jeszcze w niedzielę 21 września setki tysięcy Hiszpanów wyszło na ulice 60 miast i miasteczek, by domagać się od rządu przedstawienia parlamentowi projektu ustawy antyaborcyjnej, zatwierdzonego zresztą przez ów rząd w grudniu zeszłego roku. Jednak dwa dni później premier Rajoy ostatecznie rozwiał to, co okazało się tylko demokratycznym złudzeniem – projekt, o który od trzech lat walczył minister sprawiedliwości Alberto Ruiz-Gallardón, nie zostanie skierowany do parlamentu. Tego parlamentu, w którym prawica ma absolutną większość dzięki głosom ludzi wierzących w jej „chrześcijańskie” hasła wyborcze. Tego samego dnia minister Gallardón, którego premier nie poinformował wcześniej o swej decyzji, podał się do dymisji, oświadczając z goryczą, że całkowicie odchodzi z polityki. Fakt, że nie on jeden został w tej historii wystrychnięty na dudka, nikogo nie pocieszył.

Pozorna bitwa

W 2010 r. socjaliści dokonali liberalizacji poprzedniej ustawy z 1985 r. Zrobili to na sam koniec swojej kadencji parlamentarnej, mimo milionowej manifestacji w Madrycie, która domagała się czegoś dokładnie odwrotnego. Kilka miesięcy później przegrali wybory z kretesem: konserwatywna Partia Ludowa miała wkrótce „naprawić tragiczny błąd”. Prawica nie obiecywała powrotu do prawa z 1985 r., gdyż nikt nie życzył sobie powrotu do sytuacji, gdy 65 proc. aborcji dokonywanych w Hiszpanii dotyczyło obywatelek obcych państw. Kraj (a szczególnie Katalonia) stał się europejskim centrum przerywania późnych ciąż, gdyż ustawa przewidywała legalizację aborcji w sytuacji, gdy „stanowi zagrożenie dla zdrowia psychicznego kobiety”. Ta prawna furtka umożliwiała wszelkie nadużycia. W 2006 r. reportaż duńskiej telewizji DR1, głośny później w całej Europie, wskazywał mechanizmy działania hiszpańskich klinik aborcyjnych – w Barcelonie przerywanie nawet 32-tygodniowych ciąż było nagminne. W 2007 r. policja zamknęła kilka prywatnych klinik w Madrycie i Barcelonie, ale proceder nigdy nie został zahamowany. Jeszcze w marcu 2014 r. służby graniczne zatrzymały mężczyzn, którzy towarzyszyli jadącej do Barcelony kobiecie w 5. miesiącu ciąży, mającej poddać się aborcji wbrew swej woli. Ustawa socjalistów z 2010 r. znacznie ograniczyła możliwość aborcji dla cudzoziemek, ale doprowadziła do prawdziwej eksplozji aborcji wśród Hiszpanek – dziś jest ich ok. 120 tys. rocznie (wzrost o ponad 150 proc. w ciągu 20 lat). Wprowadzono po prostu aborcję na życzenie – do 14. tygodnia, zlikwidowano także wymóg zgody rodziców na aborcję u niepełnoletnich.

Ciążę można przerwać do 22. tygodnia w przypadku „malformacji lub wady wrodzonej płodu” albo z powodu „poważnego fizycznego lub psychicznego zagrożenia zdrowia kobiety”. Pozostawiono na tyle szeroki margines interpretacyjny tych przepisów, że przeprowadzenie aborcji do niemal 6. miesiąca ciąży nie stanowi większego problemu prawnego. W roku 2011 premier Rajoy, świeżo po zwycięskich wyborach, głośno przyrzekał, że „powstrzyma tę masakrę”, gdyż „bitwa o życie została wygrana”. Minister Gallardón, oddany sprawie katolik, zabrał się do pracy – nowa ustawa, mówił, będzie przegłosowana do końca roku. Ale wtedy, niemal od razu, zaczęły się schody.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Netbat
    13.10.2014 00:35
    Sprostowanie. W Hiszpanii, ani w żadnym innym europejskim kraju nie ma rządu prawicowego. Są tylko mniej lub bardziej lewicowe. Stąd też takie a nie inne postępowanie rządu hiszpańskiego.
    Warto, żeby przynajmniej Gość nazywał rzeczy po imieniu, czarne czarnym, białe białym, a rządy lewicowe rządami lewicowymi, a nie prawicowymi.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama