Kolejne poziomy przechodzę w realu

W dzieciństwie chodził na szczudłach i jeździł na deskorolce dwukółce. Dziś jazda na monocyklu, chodzenie po linie i sztuczki magiczne pomagają mu pokonywać nieśmiałość, a nawet... podrywać dziewczyny.

Reklama

Sam o sobie mówi, że jest typem samotnika. W przeciwieństwie do rówieśników nie pasjonuje się grami komputerowymi, wynurzeniami na Facebooku czy posiadaniem tysiąca znajomych na różnych portalach społecznościowych. Trudno spotkać go także na imprezach i dyskotekach. Mimo to jego obecność u wielu osób wywołuje uśmiech, zachwyt i niedowierzanie, często wyrażane spontanicznymi okrzykami: „O, Boże! Jak to możliwe?!”. Tak dzieje się zawsze, gdy przemierza miasto na monocyklu, jak i wówczas, gdy sprawia, że znika moneta, lewituje chusteczka czy koszulka z czerwonej staje się biała. W takich chwilach zawsze przez głowę przemyka mu myśl, że to, co robi, ma sens, bo ma czym podzielić się ze światem.

Spełnione marzenie

16-letni Dominik Rolewski urodził się w Bednarach. Tam też stawiał pierwsze kroki, zarówno te po ziemi, jak i linie. Jest najmłodszy z czwórki rodzeństwa. Beata, Irek i Justyna, ze względu na pracę i studia, mieszkają w Łodzi i Poznaniu. Wszyscy mają – jak twierdzą – odziedziczoną po dziadku artystyczną duszę. Beata skończyła etnografię i obecnie pracuje w przedszkolu, ucząc dzieci tańca i dobrych manier. Irek studiuje na Akademii Sztuk Pięknych. Malarstwo pochłania go bez reszty. Wcześniej parał się także tańcem oraz projektowaniem i szyciem ubrań. Justyna studiuje obróbkę drewna. W wyborze kierunku widzi także jakąś kontynuację pasji dziadka Edka, który był rzeźbiarzem, poetą i muzykiem potrafiącym grać na wszystkich instrumentach. Jego wrażliwość widoczna jest u całej czwórki.

Dominik po śmierci mamy mieszka i gospodarzy razem z ojcem w Bednarach. W jego życiorysie nie brakuje chwil pełnych smutku i bólu. Choć o niektórych trudno zapomnieć, chłopak nie chce do nich wracać nawet myślami. Woli śmiało spoglądać w przyszłość i marzyć o własnym warsztacie samochodowym oraz rozwijaniu pasji, które go pochłaniają. Ma zamiar to robić w miejscu, w którym jest jego ojcowizna.– Nie wyobrażam sobie życia w  wielkim mieście – mówi z przekonaniem. – Hałas, tłum ludzi, którzy cały czas się spieszą, i masa betonowych budynków to nie moje klimaty. Wolę wieś i jej spokój. Jedyną rzeczą, której mi tu brakuje, są... przeszkody – murki, schody, po których mógłbym jeździć monocyklem. Ale i na to znalazłem sposób. Jest nim stos palet, z których wiosną zbuduję sobie ekstremalny tor przeszkód – zdradza Dominik, którego największą pasją życiową jest jednokołowy pojazd.

– Nie ma dnia, żebym na nim nie jeździł i nie trenował nowych sztuczek. Moja przygoda z nim zaczęła się, gdy miałem 13 lat. Wtedy w telewizji zobaczyłem ludzi jeżdżących na jednym kole. Od razu mnie to zachwyciło. Z przejęciem opowiadałem o tym tacie, który za jakiś czas przywiózł mi wymarzony monocykl. Kupił go na rynku w Łowiczu. Do dziś pamiętam emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły. Nie miałem pojęcia, jak się na niego wsiada, jeździ, skręca. Najtrudniejszą rzeczą było wsiadanie bez podpórki. Pedały poobijały mi piszczele tak, że nie mogłem ich dotknąć. Nic sobie z tego nie robiłem. Ćwiczyłem, ile się dało. Z dnia na dzień umiałem coraz więcej. Tak zresztą jest do dziś. Każdy dzień traktuję jako szansę nauczenia się czegoś nowego. Dziś problemem nie jest już dla mnie jazda do tyłu, po szynie czy górkach, skakanie, zeskakiwanie z murków, zjeżdżanie po schodach lub żonglowanie podczas jazdy.

Mechaniczny przyjaciel

Monocykl, na którym każdego dnia, bez względu na pogodę, Dominik pokonuje około 10–15 km, jest nie tylko pasją, ale także sposobem na chandrę, wszelkiego rodzaju smutki i nieśmiałość. – Wsiadając na niego, zapominam o wszystkich zmartwieniach i kłopotach. Zła ocena, niezrozumienie, zatargi z kumplami, tęsknoty, a nawet śmierć mamy pokonywałem i przeżywałem na monocyklu. Ćwicząc nową akrobację, starałem godzić się z tym, że już nigdy jej nie usłyszę i nie zobaczę. Pedałując, próbuję także zapominać o docinkach kolegów, którzy nieraz nazwali mnie klaunem. Słysząc takie komentarze, uśmiecham się i w duchu myślę, że powiedzieć można wszystko. Wykonać coś znacznie trudniej. Osobiście wolę tę drugą opcję. Trenując jazdę, zdobywam jakieś konkretne sprawności, przechodzę poziomy podobne do tych, które moi koledzy pokonują w grach komputerowych, z tą tylko różnicą, że ja robię to w realu, a oni wirtualnie. No ale cóż, widocznie klauni tak mają – mówi z przekąsem Dominik, który bez względu na to, co robi i gdzie jedzie, zawsze zabiera ze sobą swój pojazd. Wybierając się np. do Warszawy czy Łodzi, nie wyobraża sobie, że miałby wędrować tamtejszymi ulicami pieszo. Wychodząc z pociągu, wsiada na monocykl i jedzie do miejsca, do którego ma dotrzeć.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama