Byłam szczęśliwa, że synek się rodzi

Tomek wracał od Komunii św. i uśmiechnął się do Basi tak promiennie... W tamto Boże Narodzenie nie przypuszczali, co stanie się dalej: że zaczną specjalnie uczęszczać do tego samego słupskiego kościoła, który nie był ich parafialnym, że uda im się spotkać i razem wrócą do domu. Że wezmą ślub. I że narodziny w ich rodzinie staną pod znakiem zapytania.

Nie od razu się zorientowali, że poczęcie dziecka nie przyjdzie szybko. Dali sobie trochę czasu, przecież nie wszystko musi się stać na pstryknięcie palcami. Mijał czas, ktoś zaproponował: zmieńcie klimat, to czasem pomaga. – Codzienność pędzi, jest stresująca. Pojechaliśmy więc w góry, zażyć trochę relaksu – wspomina Tomek, a Basia dopowiada ze śmiechem: – Ale to nie wystarczyło.

Basia szpera w internecie

Nie wystarczyły też porady słupskich lekarzy. – Umiałam obserwować swój organizm, ale nie potrafiłam wyciągnąć z tego wniosków. Kiedy szłam do lekarzy, nie spotykałam się ze zrozumieniem, dla nich moje obserwacje nie miały znaczenia – mówi Basia z goryczą. – Z moim ginekologiem pożegnałam się, gdy powiedział, że już bardziej nie potrafi mi pomóc. Skierował mnie do poradni leczenia niepłodności. Wiedziałam, że ta poradnia nie leczy niepłodności, lecz stosuje metodę in vitro. – In vitro odrzuciliśmy już na wstępie – zastrzega Tomek i przedstawia dane statystyczne, które przemawiają na niekorzyść in vitro.

– Ale przede wszystkim w tej metodzie zabija się zarodki nadliczbowe. Jest też wiele powikłań, wad genetycznych. To nie jest metoda naturalna. Zaczęli szukać na własną rękę. Basia słyszała wcześniej o naprotechnologii. – Usiadłam do komputera i zaczęłam szperać w internecie – wspomina. – Dotarłam do informacji o tej metodzie, odsłuchałam kilku konferencji. Niebawem dowiedziałam się, że w Gdańsku ruszyła poradnia naprotechnologiczna. Gdańsk? – pomyślałam – to przecież w naszym zasięgu.

Tomek rzuca żelki

– W gdańskiej klinice otrzymaliśmy nowy zastrzyk wiedzy – relacjonuje Tomek. – Po pierwszej rozmowie z dr Aleksandrą Kicińską przekonaliśmy się do tej metody całkowicie. Nie było wróżenia z kart: może jest wam to lub tamto. Przeprowadzono z nami gruntowny wywiad medyczny. – Pierwsza wizyta trwała godzinę – wtrąca się Basia. – Byłam zaskoczona, jak wiele czasu lekarz może poświęcić pacjentowi, że interesują go nie tylko choroby w rodzinie, ale też co jemy, jak wypoczywamy, jak wygląda nasz tryb życia. Już pod koniec pierwszej wizyty postawiła hipotezę. Zleciła nam badania. – Od razu przekonałem się: jesteśmy we właściwym miejscu, rozmawiamy z odpowiednią osobą – wraca do głosu Tomek. – Na każde pytanie była odpowiedź, nie bałem się o nic zapytać, a przecież mówiliśmy o skomplikowanych sprawach. To, że dr Kicińska nie tylko dzieliła się z nimi swoją wiedzą, ale też wprowadzała ich w medyczne arkana w przystępny sposób, zrobiło wrażenie na obojgu. Zaczęli wreszcie, po roku pytań bez odpowiedzi, rozumieć, co dzieje się z ich organizmami. Basia – z wykształcenia psycholog dziecięcy z praktyką na oddziale dziecięcym szpitala i Tomek – technolog pracujący w branży drzewnej teraz stanowili tandem. – Płodność stała się naszą wspólną sprawą – wyjaśnia Tomek. – Zaczęliśmy się obserwować. Właściwa diagnoza pozwoliła nam wykryć, co jest nie tak i to leczyć. A zdrowienie miało dotyczyć nie tylko niepłodności, ale całego organizmu – przekonuje Tomek, który pod wpływem leczenia zmienił tryb życia, dietę. – Żelki, chipsy? Rzuciłem.

– Naprotechnologia poszukuje powodu niepłodności. Celem jest leczenie niepłodności, a nie tylko jednorazowe urodzenie dziecka. Umiejętność obserwacji swojego organizmu daje nam coś na całe życie. W połączeniu z diagnozą lekarza może pomóc ustrzec się przed innymi chorobami, np. przed rakiem macicy – wyjaśnia fachowym tonem Basia. Standardem jest rozpoczęcie leczenia od pracy z instruktorem metodą Creightona. – Podczas okresowych spotkań uczyliśmy się jak używać metody oraz kontrolowaliśmy poprawność jej stosowania. Nie jest to trudne. Zapisujemy raz dziennie, naklejamy znaczek i wszystko jest przejrzyste. U nas notowaniem zajmował się Tomek. To zresztą było wielkim plusem metody: każdego dnia musiałam przekazywać Tomkowi moje obserwacje, a zarazem mogłam podzielić się wątpliwościami, gdy nie byłam pewna, czy dobrze je zinterpretowałam. Musieliśmy o tym rozmawiać. Taki był cel: płodność to nie tylko sprawa żony.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja