Kierunek: gdziekolwiek

Kiedy mama bała się o jego bezpieczeństwo w krajach islamskich, przyjaciel Michała pocieszył ją, że muzułmanie mają nakaz szanowania dwóch typów ludzi: pielgrzymów i wariatów...

Świat powoli staje się dla niego ciasny. Michał Piec w ciągu kilku lat odwiedził ponad 60 krajów. Pieszo, na rowerze, autostopem, tanimi liniami lotniczymi. Na jego osobistej mapie znalazły się Europa, Azja, Ameryka Południowa, odrobina Afryki. Urodził się z wrodzoną wadą serca. Kiedy miał trzy lata, przeszedł poważną operację. Lekarze zakazali jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Przez całe dzieciństwo zamiast kopać z chłopakami piłkę, grał... w szachy. Czuł, że to nie jest jego świat. Niespokojny duch wyrywał się na wolność.

Kiedyś ciocia podarowała mu serię książek Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego. To był zwrot. Postanowił, że tak czy siak dotrze na koniec świata. – Po latach trafiłem do miejsca, które jest nazywane „końcem świata”, czyli na Ziemię Ognistą, archipelag na południowym wybrzeżu Ameryki Południowej – opowiada Michał. – Znalazłem się w miejscowości Ushuaia, która jest najbardziej na południe wysuniętym miastem świata. Ale się rozczarowałem. „Koniec świata” wyobrażałem sobie inaczej. A tu pełno turystów! Tylu rowerzystów, ilu tam się nagromadziło, nie spotkałem w całej w Ameryce Południowej.

Przełomowa podróż to Camino de Santiago, tuż po maturze. – Wybierałem się z kolegą, ale w ostatniej chwili kumpel zrezygnował. Poszedłem sam. Po raz pierwszy w życiu pojechałem autostopem na koniec Francji i od tego miejsca zacząłem swoje samotne Camino. Tylko, że trudno w tym kontekście mówić o samotności. Tyle osób wędruje tym szlakiem, że przez cały czas idzie się z kimś. Potem przyszedł czas na Wieczne Miasto.

– Poszliśmy do Rzymu z dwójką przyjaciół. To miała być pielgrzymka. Nieśliśmy krzyż, który z dnia na dzień był coraz cięższy... Niesamowity czas. Kiedyś głupio było mi się przeżegnać przed kościołem, a przez to, że 40 dni z krzyżem w ręce manifestowaliśmy swoją wiarę, przestałem się wstydzić. Uodporniłem na drwiny, w ogóle mnie to nie rusza. W zasadzie w drodze sami prowokowaliśmy rozmowy o Bogu. Owszem, spotkaliśmy się też z agresją. Ludzie zaczepiali nas, coś krzyczeli z samochodów, szturchali czy wręcz pluli. Ale były też inne sytuacje. Ktoś jechał drogą, zatrzymał się i uklęknął przed tym naszym krzyżem...

Podróże stawały się coraz bardziej ekstremalne. Michał złapał wiatr w żagle. – Z kolegą poznanym w internecie pojechaliśmy rowerami do Ziemi Świętej. Jechaliśmy między innymi przez Węgry, płaskie jak patelnia. Był potworny upał, powoli kończyła nam się woda. Dookoła pusto, ale w końcu dojeżdżamy do jakiegoś domu. Na podwórku leży mężczyzna, który spadł z wózka inwalidzkiego. Obok starsza kobiecina próbuje go podnieść, ale ewidentnie nie daje rady. Nie wiadomo, jak długo już się z nim szarpie, bo on jest taki ciężki i bezwładny. Posadziliśmy go z powrotem na tym wózku. Chociażby dla tego jednego momentu warto było wyruszyć w drogę. Wodę też dostaliśmy...

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja