Pielgrzym między biegunami

Gdy wyruszał w drogę, był podróżnikiem, wędrowcem mającym samotnie zmierzyć się ze szlakiem. Jak przyznaje jednak, z każdym przebytym kilometrem coraz bardziej staje się pielgrzymem.

Reklama

Ta droga zmienia ludzi. Świadectwa tych, którzy ją przebyli, sprawiają, że wierzę, że tak właśnie jest. Nie potrzeba specjalnych przygotowań, przewodnika, ani nawet wielkich pieniędzy. Można wyruszyć z każdego miejsca, z własnego domu. Warto przejść chociaż niewielki kawałek, pomaszerować kilka dni – zachęca Marek Kamiński, podróżnik – pielgrzym w drodze do Santiago de Compostela.

Jednak z prądem

Pół tysiąca kilometrów z Kaliningradu zdążyło się już wędrowcowi dać nieźle we znaki. Gdy Marek Kamiński dotarł na szczyt Góry Chełmskiej, przy malutkim szensztackim sanktuarium czekała na niego kilkuosobowa, zmarznięta grupka. Od półtorej godziny wypatrywali go na prowadzących na szczyt ścieżkach i w internecie, śledząc jego sygnał GPS na stronie wyprawy. Mimo zmęczenia całodzienną marszrutą z Darłowa na Górę Chełmską zajrzeć musiał. Na chwilę modlitwy przyklęknął przed Matką Boską Trzykroć Przedziwną, prosząc o opiekę w dalszej wędrówce. – To ważne dla mnie miejsce, choć kiedy mieszkałem w Koszalinie niewiele wiedziałem o jego historii. Chciałbym, żeby ludzie ruszali na pielgrzymki, niekoniecznie do samego Santiago de Compostela, ale wędrowali chociaż pomorskim odcinkiem i odkrywali te miejsca. Nie trzeba być do tego Markiem Kamińskim. Wystarczy się otworzyć na tę drogę – przekonuje.

Pomysł na wyprawę do Hiszpanii do grobu św. Jakuba zrodził się już dawno. Potrzeba było kilku lat, żeby nabrał właściwego kształtu. Góra Chełmska miała w tym planowaniu także swój udział. Najpierw chciał przemierzyć Camino „pod prąd”, zainspirowany historią Piotra Bulgerina, mieszkańca Pomorza, który w 1514 r. w poszukiwaniu duchowego spokoju zawędrował do Santiago de Compostela. Gdy po wielu miesiącach morderczej wędrówki tam dotarł, wskazano mu inne miejsce, które miało być prawdziwym celem jego pielgrzymki: Góra Chełmska, którą miał tuż pod samym nosem. Dla człowieka, który sam dorastał w cieniu tej świętej góry, niezły temat do rozważań.

– Kiedy zacząłem się trochę dowiadywać o Camino, zrozumiałem, że to jest droga do Boga. Nie da się więc jej pokonywać pod prąd – wyjaśnia z uśmiechem Marek Kamiński. – Schodząc z góry i idąc do Domu Miłosierdzia, uświadomiłem sobie, że pokonałem właśnie drogę, którą przed laty szedłem na maturę. Camino prowadzi mnie też więc przez moją osobistą historię – dodaje.

Dobre buty, dobra modlitwa

To niejedyne odkrycia, które poczynił przez pierwsze 12 dni swojej wędrówki. W Koszalinie dzielił się nimi w Domu Miłosierdzia, gdzie zaplanował zatrzymać się na noc. Chętnych do spotkania ze znanym podróżnikiem było tak wielu, że z trudem zmieścili się w zaimprowizowanej „sali konferencyjnej” na korytarzu wciąż jeszcze remontowanego budynku. Takich spotkań na Pomorskiej Drodze św. Jakuba, polskim odcinku, który niedawno dołączył do wielkiej europejskiej rodziny Camino, Marek Kamiński zaliczy wiele. Jak zapewnia, bardzo sobie je ceni.

– W tej chwili największą wartością są ludzie, których spotykam na szlaku. Ci, którzy towarzyszą mi na poszczególnych etapach, ci którzy się ze mną spotykają, przyjmują z życzliwością. Okazuje się, że jest mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy może w codzienności sobie sami tego nie uświadamiają. Może jesteśmy za bardzo zamknięci na siebie? – dzieli się przemyśleniami. Zagląda też do zakładów karnych, bo Camino związane jest z resocjalizacją więźniów. Spektrum pytań szerokie: od wyposażenia i rodzaju butów po… preferowaną w drodze modlitwę. – Modlę się najprościej. Tak, jak nauczyli mnie rodzice: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Aniele Boży”. Proszę też o opiekę św. Michała Archanioła. W trakcie przygotowań do wyprawy czytałem książkę o modlitwie Jezusowej. Te proste słowa „Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną grzesznikiem” są w drodze bardzo pomocne – opowiada pan Marek.

Modlitwa to dobry sposób na pokonanie kryzysów. – To też ciekawe, że człowiek najczęściej prosi o coś Boga. A kiedy już to otrzyma, to zapomina podziękować – zamyśla się na chwilę pielgrzym. – Przed Elblągiem dołączyła do mnie Tamara. Opowiadała o swoim Camino, że wybrała się na nie nie po to, żeby prosić, ale podziękować za to, co ma. To nauka jednego z dni mojej wędrówki: mniej prosić, a częściej dziękować. Kiedy tylko jest to możliwe, stara się też być na Mszy św. – Dzięki tej wyprawie pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się być na Mszy św. w dniu moich urodzin. A kiedy docierałem do darłowskiego kościoła św. Gertrudy, zdążyłem jeszcze przyjąć Komunię świętą. Takie cuda zdarzają się tylko na Camino – śmieje się.

3 biegun

Na pielgrzymce cudów nie brakuje. – Czytałem o Camino, że to taka niezwykła droga, która dba o pielgrzyma. Jeśli czegoś potrzebujemy w drodze, to to dostajemy. Nie brałem tego całkiem serio – przyznaje i opowiada, jak Camino zmusiło go do zweryfikowania poglądów. – Kiedy opuszczałem Rosję uświadomiłem sobie, że nie mam ze sobą złotówek. Ruble zostawiłem po drodze u księdza, bo nie były mi potrzebne, wszystko dostawałem od ludzi. Za ostatnie 10 złotych kupiłem zapas wody. Kiedy zaczynałem się zastanawiać co dalej robić, napotkane małżeństwo razem z intencją wręczyło mi 50 zł. Bardzo nalegali, żebym wziął te pieniądze, chociaż tłumaczyłem im, że to zupełnie niepotrzebne, bo przecież zaniosę ich intencję zupełnie za darmo. Taki drobiazg, można opowiadać jak anegdotę – śmieje się pan Marek.

Choć w porównaniu ze zdobywaniem dwóch biegunów w jednym roku wybranie się z pielgrzymką do grobu św. Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela może wydawać się łatwizną, Marek Kamiński zapewnia, że wcale łatwo nie jest. Nieprzypadkowo ta wyprawa nosi nazwę „3 biegun”. – Polega na tym, żeby wyruszyć od „bieguna rozumu”, czyli grobu Immanuela Kanta w Kaliningradzie, do „bieguna wiary”, jakim jest grób św. Jakuba w Santiago de Compostela w Hiszpanii. Początkowo plan był bardziej na wyprawę niż na pielgrzymkę. Człowiek ma w sobie jakąś taką cenzurę, zastanawia się, czy wypada mówić o Bogu, bo to tak intymna sprawa. Trochę się sam cenzurowałem: lepiej brzmi słowo wędrowiec niż pielgrzym. Musiałem do tego dojrzeć, i myślę, że jestem teraz bardziej pielgrzymem niż przed wyruszeniem w drogę – mówi.

Definicja camino

Camino to wyjątkowa droga, którą mierzy się nie tylko pokonanymi kilometrami, ale też przebytą odległością do drugiego człowieka i do Pana Boga. – Powoli zaczynam to czuć, ale potrzebuję trochę spokoju, żeby to wszystko w sobie poukładać. Może po minięciu polskiej granicy będzie trochę więcej na to czasu, chociaż teraz bardzo cieszę się z tych wszystkich spotkań z ludźmi, które mam na szlaku. Dużo od nich dostaję, ale i staram się ich obdarować tym, czym mogę – przyznaje Marek Kamiński. Wypchany najpotrzebniejszymi w drodze drobiazgami plecak, pęcznieje też od intencji, które pielgrzymowi powierzają napotkani na drodze ludzie oraz śledzący jego drogę internauci. – Te prośby, które niosę ze sobą, motywują mnie też do dalszej drogi – nie ukrywa.

Na pokonanie średniowiecznego szlaku wiodącego do Santiago de Compostela dał sobie 100 dni. Zostało mu, bagatela, 3,5 tys. km do celu. – Ciężko jest codziennie robić po 40–60 kilometrów. Ciężko się zmusić, żeby znów wyjść na szlak. Nie wiem, jak będzie się szło dalej. Nie wiem nawet, czy dam radę dotrzeć do celu. Ale bardzo bym chciał – wyznaje szczerze przed ruszeniem w dalszą drogę. – Napotkana dzisiaj kobieta powiedziała mi piękne zdanie: a może idzie się tam po to, żeby spotkać lepszego siebie? Wrócić lepszym do domu? Myślę, że jest to jedna z piękniejszych definicji Camino, które słyszałem. Może ja też idę tam spotkać lepszego Marka? – dodaje.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama