Kobieta miała nosa

Pracuje z ludźmi, którzy ją podziwiają i którym przywraca nadzieję. Sama niewiele się od nich różni.

Reklama

Zaczął się weekend i zaczął się poród. Marta miała dopiero 21 lat, więc może dlatego uznano w szpitalu, że nie ma się kim przejmować. Odesłano kobietę do domu. Gdy wróciła w niedzielę, dla lekarzy wciąż czas odpoczynku był ważniejszy. – Spokojnie, główka jeszcze wysoko! – mówili. Kobieta jednak wiedziała, że to już czas. Urodziła. Córeczkę, której nie chcieli jej pokazać przez długie cztery dni. Może myśleli, że umrze?

Marta opowiada o tym często

Jakby chciała wyjaśnić, co się stało, że to nie jej wina, że poród źle odebrano, że nie ona odpowiada za problemy. Bo reanimacja noworodka się powiodła, przywrócono tętno, dziewczynka zaczęła oddychać. Sina skóra w końcu się zaróżowiła. Tamta lekarka się uparła. – Miała nosa kobieta – uśmiecha się Daria, 27-latka z dziecięcym porażeniem mózgowym w stopniu umiarkowanym, o czym jednak wszyscy wiedzą z diagnozy postawionej trzy lata po urodzeniu. O wiele za późno. Ale jeszcze o tamtej lekarce, bo gdyby nie ona, dziecko by nie przeżyło. Ratowała, walczyła, nie dała za wygraną. Czemu? Może dlatego, że sumienie nie dawało jej spokoju, że ona i jej koledzy zaniedbali, że coś poszło nie tak, jak powinno, że skrzywdzili dziecko, że byli niesprawiedliwi wobec matki. Dosyć, że ocaliła życie.

Mała Daria była jakaś taka wiotka,

nie umiała złapać równowagi, nie mówiła. Rodzice dziecka wiedzieli, że coś jest nie tak, lekarze jednak wiedzieli coś zupełnie innego. Tym bardziej że córeczka w końcu przestała być wiotka, w końcu łapała pion, w końcu zaczynała mówić – z opóźnieniem i jakby tak... inaczej – ale wreszcie. Jeden specjalista wyrzucił młodych rodziców z gabinetu, gdy ci zasugerowali, że dziecko nie rozwija się prawidłowo. Popatrzył na bardzo ruchliwą dziewczynkę i rzucił: „Żegnam państwa!”. Inny z kolei wykrztusił wreszcie: dziecięce porażenie mózgowe. Tym razem jednak matka stanęła okoniem: – Jakie porażenie mózgowe! Moje dziecko nie jest głupie, to mądra dziewczynka, co pani gada! – i poszli do następnego specjalisty. Ten ich uspokoił, następny również kazał nie zaprzątać sobie głowy jakimś porażeniem. A czas płynął. Było już późno, coraz bardziej za późno na właściwą diagnozę. W końcu gdy trzyipółletnie dziecko zaczęło rehabilitację, zastosowano metodę Vojty. – Problem w tym, że to metoda okołoporodowa. Wtedy skuteczna – zaznacza Daria.

Jest inteligentną, atrakcyjną kobietą

Tryska energią, ale nie buja w obłokach. Jest realistką i tak opowiada o swoim życiu, nazywając rzeczy po imieniu. – To już pamiętam – wspomina. – Byłam cała porysowana flamastrami jak pisanka, bo metoda Voyty polega na uciskaniu ciała w ściśle określonych punktach. Rodzice musieli się tego nauczyć, żeby stymulować układ nerwowy, ale żeby mi nie zrobić krzywdy – zaznacza i wie, co mówi, bo kiedy miała chyba z osiem lat, rodzice w poszukiwaniu lepszych terapii oddali ją w ręce terapeuty z Kłodzka. – Pierwsze czy drugie spotkanie wspominam bardzo sympatycznie, na kolejnym zaryzykował coś nowego, co miało być rewelacyjne. Dla mnie okazało się tragiczne. Jeden ucisk nie tam, gdzie trzeba, i zaczęłam się dusić. Efekt? Wszystko, co osiągnęłam do tego momentu, poszło na marne – mówi. – Zaraz potem ten człowiek zniknął i mam nadzieję, że już nikogo nie skrzywdził – dodaje.

Walka o sprawność zaczęła się na nowo

Jednak to, co było łatwe z małą dziewczynką, stało się trudne z dziewczynką większą. Daria nie chciała poświęcać tyle czasu na ćwiczenia, co kiedyś. Robiła wszystko, żeby żyć tak jak jej koleżanki: zabawki, odwiedziny, spacery – to był jej żywioł, a nie izolacja i mozolna rehabilitacja. – No i mam, co widać – kwituje. – Przy porażeniu im później zaczniesz rehabilitację, tym gorzej. Im mniej się do niej przykładasz, tym słabsze będziesz robić postępy – mówi. W podstawówce jednak nie czuła się inaczej sprawna, inaczej mówiąca czy inaczej reagująca niż pozostałe dzieci. W gimnazjum zaczęło do niej docierać, że jednak różnice są zauważalne. – Jednak gdy wybrałam wrocławskie liceum integracyjne z internatem, to nie dlatego, że miałam dosyć swojego miasta – zapewnia.

Maturę zdawała z geografii, niemieckiego i polskiego. W szkole pamiętają ją doskonale, bo wszędzie jej było pełno: organizowała, udzielała się, angażowała – miała niespożytą energię. A jednak gdy myślała o przyszłości… – Potrzebowałam bezpiecznego środowiska, w którym nie będę się różnić od pozostałych, gdzie nie będę musiała wyjaśniać, co mi jest i dlaczego jest tak, a nie inaczej, bo nikogo to nie będzie interesować. Poszłam więc najpierw na terapię zajęciową, a potem na terapię pedagogiczną. Chciałam pracować z dorosłymi – mówi. I to się jej udało – spełnia się w Warsztatach Terapii Zajęciowej Caritas Diecezji Świdnickiej w Starym Wielisławiu. Właśnie wróciła ze swoimi podopiecznymi z Piławy Górnej, gdzie uczestniczyli w przeglądzie piosenki. Prowadzę warsztat muzykoterapii – wyjaśnia.

Czas biegnie,

a Daria staje się bardziej zamknięta niż kiedyś. – Dojrzewam, widzę, że świat nie jest taki otwarty, jak ja sama jestem otwarta – zauważa. – Boję się macierzyństwa. Boję się, że nie poradzę sobie z opieką nad dzieckiem, że zrobię mu krzywdę. – Choć oczywiście wiem, że mogłabym liczyć na swoich rodziców i może gdybym otrzymała wsparcie od ojca dziecka, wtedy bym się zdecydowała? Kto wie? Na razie jednak kandydata na męża brak, więc sprawy nie ma – dodaje po chwili.

Daria – młoda, inteligentna i atrakcyjna kobieta – z porażeniem mózgowym. – To ostatnie nie jest potrzebne – uśmiecha się i po raz kolejny deklaruje, że nie chce niepełnoprawności wykorzystywać jako taryfy ulgowej. – Żyję jak każda inna kobieta, choć czasem jestem traktowana, jakbym była kobietą specjalnej troski.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama