Fortepianowy Nikifor

Miał być roślinką. Niemal nie widział. Nie słyszał. Sonatę Księżycową nauczył się grać... ze słuchu. Odzyskał siebie.

W idealnym świecie matki pianistki rodzą zdrowe dzieci. Dzieci się pięknie rozwijają, odkrywają swój talent, idą do szkół muzycznych, robią zawrotne kariery. Zostają wirtuozami: podziwianymi, znanymi i szanowanymi. Potrzebnymi. W realnym świecie bywa, że matki pianistki rodzą dzieci w ósmym miesiącu. Dziecko dostaje dwa punkty w skali Apgar i ma być „jak roślinka”. W realnym świecie, półtora roku później, matki razem z chorym dzieckiem czasem ulegają wypadkom samochodowym. I tylko dziecku udaje się przeżyć. Potem, przez czternaście lat, dziecko jest błędnie diagnozowane. Uważane za upośledzone intelektualnie. Ale w realnym świecie są też matki… adopcyjne i twardzi ojcowie, którzy walczą o dziecko. I powoli dziecko wychodzi na prostą. A nawet gra, gra i gra. I to coraz lepiej. Ma 27 lat. I jest bardzo potrzebne.

Z serca granie

Popołudnie, 15 lipca 2015 r., pierwsza część półfinału I Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego Dzieci, Młodzieży i Dorosłych z Zaburzeniami Słuchu „Ślimakowe rytmy”. Grzegorz Płonka staje przed komisją i publicznością w sali nagrań Polskiego Radia. Przedstawia się krótko: „Jestem Grzegorz Płonka. 27 lat. Przyjechałem z Murzasichla”. Mówi, jak tylko on mówić potrafi. Bardzo niewyraźnie, z trudem łącząc wyrazy. I chyba dopiero po tej jego mowie wychodzi na jaw, że Grzegorz nie tylko ze słuchem ma problem. Ale i ze wzrokiem, i z dotykiem, i z mową, i właściwie chyba ze wszystkim, co fizyczne. Sprzężone problemy w jednym drobnym ciele.

Lecz gdy Grzegorz Płonka siada za fortepianem i rozpoczyna sonatę Księżycową, na sali zapada cisza. Grzesiek gra i kołysze się do przodu, do tyłu, do przodu... I cisza pełna zachwytu i zadumy trwa jeszcze chwilę po ostatnich taktach. Brawo! Brawo! „Z serca interpretacja” – słychać tu i ówdzie. A gdy kilka godzin później przychodzi werdykt: Grzegorz Płonka przechodzi do finału, skacze do góry. I przestać nie może.

Początki

Historię Grzegorza Płonki niektórzy już poznali („Szkoła wiolinowych cudów”, GN 47/2008 r.). Urodzony przedwcześnie, po odklejeniu łożyska, jak to mówili lekarze: nie rokował. Potem dramatyczny wypadek samochodowy, w którym zginęła Joanna, jego matka, pianistka. I długa batalia ojca oraz matki adopcyjnej, Małgorzaty (jednocześnie matki chrzestnej), o Grześka. O właściwą rehabilitację, o jakąkolwiek sensowną diagnostykę. Niedowład jednostronny, brak tęczówek, zez, oczopląs. Ogromne trudności w relacjach społecznych. Mały Grzesiek niemal nie widzi. Prawie nie mówi. Kolejni lekarze rozkładają ręce, nie umieją pomóc. A Grzesiek buja się do przodu i do tyłu, nie daje się dotknąć. Siedzi na podłodze i tłucze pokrywką od garnka. Wtedy wydaje się, że to objaw choroby. A może to był objaw ukrytego – pod barierą dziecięcego porażenia mózgowego i niemal całkowitej głuchoty – wielkiego muzycznego talentu?

Mijały lata. Grzesiek rósł, jak mógł: powoli. Uczył się w ośrodkach dla osób upośledzonych intelektualnie. Choć rodzice czuli cały czas, że coś tu jest nie tak. I że Grzesiek mógłby więcej, bo jakoś nie pasuje do lekarsko-urzędniczo-nauczycielskiej układanki, która wskazywała mu miejsce w założonym z góry systemowym szeregu: dzieci nierokujących.

Rodzice długo prosili o profesjonalne badanie słuchu. Również logopeda, który uczył go sylabizować, podejrzewał niedosłuch. Lekarze problemu natomiast nie widzieli (nie słyszeli?). Mówili, że dziecko słuch ma „raczej w normie”. W końcu jednak rodzicielski upór dał upragnione badanie: zbadano Grześkowi słuch w stanie uśpienia. Moment przełomowy. Grzesiek miał 13 lat, gdy nastąpiła sensowna diagnoza: ma głęboki niedosłuch. W połączeniu z jego dramatyczną medyczną przeszłością wystarczy, by dawać błędne objawy upośledzenia w stopniu głębokim…

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja