Nie wierzę w złych ludzi

O etosie lekarskim, walce o prawa dzieci i kobiet oraz wprowadzaniu nowinek na oddziały ginekologiczno-położnicze z prof. Michałem Troszyńskim rozmawia Agata Puścikowska

Reklama

Agata Puścikowska: Wybiera się Pan na konferencję MaterCare International?

Prof. Michał Troszyński: Tak, zawsze staram się być. Konferencja odbywa się co dwa lata i nasza, polska jej część jest bardzo mocna. Z Europy nie ma wielu uczestników... Ci, którzy przyjeżdżają, opowiadają o dramatach: masowych aborcjach, szkodach związanych z antykoncepcją hormonalną.

Będzie Pan najstarszym uczestnikiem konferencji?

Nie wymieniamy się tam metrykami. Zresztą ostatnio w każdym niemal gremium bywam najstarszy. Myślę czasem, że nie potrzeba na takie konferencje zapraszać starych ludzi. Młodych ginekologów powinno się namawiać, by chcieli się odpowiednio szkolić i formować. Oni tworzą przyszłość.

A jak zaczęła się Pana współpraca z MaterCare, organizacją skupiającą katolickich ginekologów i położne?

To było ze 20 lat temu. Kiedyś odebrałem telefon od nieznajomego profesora ze Stanów Zjednoczonych, który chciał, bym pomógł mu w Polsce założyć filię MaterCare. Nie znałem tej organizacji. Profesor przekonywał, że trzeba pomóc kobietom w Afryce rodzić godnie dzieci. Nawet się żachnąłem, że przecież w Polsce nadal jest wiele do zrobienia w tej kwestii. Potem jednak sprawdziłem, kim był rozmówca. To był prof. Robert Walley.

Zgodziłem się na współpracę (zasięgając rady mojego przyjaciela, abp. Majdańskiego, twórcy Instytutu Studiów nad Rodziną w Łomiankach). Wtedy po raz pierwszy zostałem zaproszony na rzymską konferencję. I... nie chciałem jechać sam. W moim wieku (miałem chyba z 72 lata) to nie było wskazane. Inna rzecz, że zawsze, na wszelkie konferencje naukowe, na które jeździłem po niemal całym świecie, zabierałem ze sobą młodych. Kto ich nauczy, kto im przekaże formację i wartości, jeśli nie starsi? Wtedy do Rzymu pojechał ze mną dr Bogdan Chazan. Bogdan był ode mnie sporo młodszy i z energią wciągnął się w prace MaterCare. Potem już, wspólnie z prof. Walleyem, stworzyli w Afryce klinikę ginekologiczno-położniczą. W Isiolo ratują dzieci i matki.

Jak wygląda Pana zwykły dzień?

Zwyczajnie. Wczesnym rankiem jadę do Instytutu Matki i Dziecka, w którym prowadzę samodzielną Pracownię Analiz Zdrowia Prokreacyjnego. Od lat 70. są tam prowadzone badania nad umieralnością okołoporodową wczesną płodów i noworodków. Wracam późnym popołudniem (mniejsze korki) do domu. Potem kościół (jak klasyczny kościelny dziadek). A następnego dnia znów do pracy.

A emerytura?

Człowiek żyje, jakoś się trzyma. Niech pracuje, jeśli z tego jest jakiś pożytek.

Pan tak całe życie – non stop w pracy?

Do domu wracałem zawsze bardzo późno. Teraz, z perspektywy czasu, mam nawet z tego powodu wyrzuty sumienia. Najpierw powinien być dom, potem praca. Na szczęście żonę miałem wspaniałą, dzielną, dawała sobie radę z prowadzeniem domu i dobrym wychowaniem szóstki naszych dzieci. Praca lekarza ginekologa, praca naukowa, potem wiele lat byłem Krajowym Konsultantem ds. Ginekologii i Położnictwa. Jedynie nie prowadziłem prywatnej praktyki.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama