Przełamując fale

OnkoRejs. Wsiadły na dwa jachty, żeby zmierzyć się z Bałtykiem i pokazać innym chorym, że trzeba walczyć mimo wszystkich życiowych sztormów. Piękne, silne i pełne życia powtarzają, że rak to nie wyrok. Choć niektóre z nich wciąż jeszcze walczą. 


Są w różnym wieku, pracują w różnych zawodach, mieszkają w różnych częściach Polski. Najmłodsza ma 20 lat, najstarsza 60. Połączyły je choroba i idea, która zrodziła się w głowie Magdy Lesiewicz, żeby zorganizować rejs dla osób zmagających się z nowotworem. 


Bałtyk pokonam 


Umawiamy się w porcie jachtowym na kilka godzin przed wyjściem w morze. Magda, jeszcze w drodze z Gdańska, telefonicznie obiecuje podesłać którąś z obecnych już w Kołobrzegu uczestniczek rejsu. Za chwilę na horyzoncie pojawia się dziewczyna. Sprężysty krok, błyszczące oczy i wielki uśmiech na twarzy nie pozostawiają wątpliwości: to jedna z onkolasek – jak same o sobie mówią.


Ania Nowak z Tczewa, najmłodsza załogantka, w walce z chorobą ma najdłuższy staż. Pierwszy nowotwór miednicy małej zaatakował, kiedy miała 3 latka. Chemia, radioterapia i operacja usunięcia guza wraz z narządami, do których przylegał, są odległym, nie do końca zapamiętanym obrazem. Tym bardziej że na 15 lat słowo „nowotwór” zniknęło ze słownika. – Dwa lata temu poczułam, że coś jest nie tak, ale priorytetem była matura. Dopiero w lipcu poszłam do lekarza i… mięsak Ewinga w lewym udzie. Nie przestraszyłam się, nie załamałam, wiedziałam, że muszę walczyć. Raz pokonałam chorobę, pokonałam i drugi – dziarsko wzrusza ramionami przyszła pani pedagog specjalna. – To co? Bałtyku miałabym nie pokonać? Kiedy Magda napisała do mnie z pytaniem, czy chcę płynąć, potrzebowałam pół godziny czasu, żeby odpisać: „Płynę” – dodaje z szelmowskim uśmiechem, chociaż to jej pierwsza przygoda na otwartym morzu. 


– Jesteśmy piękne, silne i pełne życia. Po prostu onkolaski – śmieje się Ewa Sikorska. W Częstochowie, gdzie mieszka z mężem i synem, zbyt wielu okazji do żeglowania nie ma. Dla niej to też morski debiut. Za to do walki z rakiem jajowodu stawała trzykrotnie. Od pierwszej diagnozy minęło 10 lat. – Tak, to widać na zewnątrz. Czasami może się wydawać, że jest w nas więcej energii i żywotności niż w zdrowych ludziach, bo my wiemy, jak cenne jest życie. Wiemy, że dostałyśmy kolejną szansę i nie wolno nam jej zmarnować, trzeba żyć na maksa – wyjaśnia, gdy mówię, jak bez pudła rozpoznałam Anię. 


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja