Asertywna jak... matka


Żadna matka nie powinna pozwalać sobie na niezbyt przemyślane docinki, na pozór niewinne pytanka, które mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Reklama

Nie tak dawno przeczytałam dość zabawny i dający do myślenia tekst. Brzmiał mniej więcej tak: „Co odpowiadać na niezbyt fajne i zwykle bardzo niedelikatne pytania. Poradnik asertywnej młodej matki w pytaniach i odpowiedziach”. Pytanie pierwsze: „Karmisz?” (W domyśle: „Czy karmisz naturalnie”. Bo jeśli nie, być może jesteś gorszą matką). Drugie: „A co ten twój malutki taki chudy?” (W domyśle: „Zapewne źle go karmisz”). „Kiedy wracasz do pracy?” (W domyśle: „W domu, z dzieckiem, to przecież się tylko siedzi”).

Takie pytania padają bardzo często. I powodują, że młoda matka natychmiast zaczyna się czuć gorsza i niepewna. Bo za pytaniami najczęściej nie stoi oferta pomocy lub wsparcia, lecz mniej lub bardziej ukryta ocena. Pewna starsza już dziś matka opowiadała, że ciągłe ocenianie jej przez starsze i bardziej doświadczone kobiety zaowocowało depresją. „To były czasy, gdy młoda matka była matką gorszej kategorii i właściwie do dobrego tonu należało ją sprowadzić do parteru. Doświadczałam tego ja, doświadczały moje koleżanki. I milczałyśmy, bo nie potrafiłyśmy bronić się i walczyć o siebie, swoje macierzyństwo. Do dziś tego żałuję, bo tamten stres odbił się na moich relacjach z synem”...

Ale wracając do naszego poradnika. W drugiej jego części pojawiły się odpowiedzi na niedyskretne pytania. I otóż na pytanie pierwsze, o karmienie, należy odpowiedzieć z uśmiechem: „A skąd. Głodzę przecież”. Na pytanie drugie można odparować: „No przecież mówię, że głodzę. Jak ma być gruby?”. A na pytanie trzecie prawidłowa odpowiedź brzmi: „Ja z niej nie wychodzę”.

Odpowiedzi być może są przejaskrawione. Ale pokazują pewien – całkiem sensowny – trend w nowoczesnym macierzyństwie. Młode kobiety, matki, już nieco świadomiej podchodzą do swojej wyjątkowej roli. I coraz rzadziej dają się zapędzać w róg matczynych kompleksów i negatywnych samoocen. Powodowanych często negatywną oceną wystawianą (niesłusznie i niepotrzebnie) przez bliskich. Matka codziennie pracuje bardzo ciężko. Matka dokonuje niemal niemożliwego: wychowuje kolejnego człowieka na... człowieka. Matka wie, co jest dobre dla niej, i dla jej dziecka. Dlatego żadna matka nie powinna pozwalać sobie na docinki, na pozór niewinne pytanka, które mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc. Młode, asertywne mamy, brawo!

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • SzaraMysz
    24.09.2015 11:29
    Pani Agato - poruszyła pani wieeelki temat...
    Pewnie większa część pytań - o sposób karmienia, o "chudość" , generalnie o zdrowie dzieciątka - wynika z wrodzonej babskiej troski o każde maleństwo i o każdą matkę. Niestety część - także z kompleksów i problemów "pytaczek", które (niekoniecznie świadomie) chcą być ważne, potrzebne, uzyskać potwierdzenie własnych decyzji... Konia z rzędem temu, kto odróżni intencje. A dwa konie - za trafne odróżnienie, czy o pytaniu można szybciutko zapomnieć, czy (nawet jeśli zadane było z najczystszej złośliwości) drążyć temat, bo może obce oko dostrzegło symptomy nadciągających problemów.
    Ja po długim czasie dowiedziałam się, że trzepotanie rączkami córeczki przyjaciół i stąpanie na czubkach palców (śmialiśmy się wszyscy, że baletnica) - świadczyło o zaburzeniach ze spektrum autyzmu.
    Kolki mojej nastarszej córci - mordęga dla niej i dla nas. Preparaty ziołowe nieskuteczne... Wtedy jednak nie znałam przyczyny, "tak się zdarza". 10 lat póxniej, przy synu , nauczyłam się skąd kolki. Impuls przyszedł z internetu, brzmiał "dieta eliminacyjna". Potrzebne było samozaparcie i codzienne notatki: co jem , jak się ma niemowlę karmione piersią. Sprawcami kolek okazały się: mleko, jaja, marchew (!), seler, pomidory, soja (!), syntetyczne barwniki, dodatki do wędlin. Za to "amnestia" objęła fasolkę, warzywa kapustne czy owoce pestkowe, zwykle uważane za wzdymające i niewskazane.
    Gdzieś w międzyczasie nauczyłam się, że paskudne odparzenia często towarzyszą zapaleniu dróg moczowych.
    Czy pchać się z taką wiedzą do młodych mam - czy ufać, że jej nie potrzebują, a jeśli potrzebują, to sobie znajdą w mądrych poradnikach czy na forach?
    Co jeśli trafią do kółka antyszczepionkowców (a potem płacz, kiedy z koczowiska Romów przyplącze się odra czy błonica), wegan, zwolenników leczenia wszystkiego antybiotykami (borelioza + ILADS) albo na odwrót - zajadłych wrogów używania antybiotyków? Skrajnym przykładem było małżeństwo, które pewne własnej racji, korzystając z "porad" znachora zagłodziło własne dziecko...
    Gdzie powinna być granica własnej niezależności?
  • Minerwa
    25.09.2015 12:57
    Pamiętam... Wkurzona jak siedem nietoperzy, tragicznie niewyspana, nierozumiana przez świat i okolicę, samotna ze swoimi problemami (mąż przy pracy, mama chora)- wyszłam z dzieckiem na spacer. Może zaśnie?..
    Niestety, moje małe szczęście, które Bogu dziękować przechodziło niemowlęctwo prawie bezobjawowo, ząbkowało wyjątkowo trudno. Dla wyrównania. No więc wlokę się, taki zombie z zaciśniętymi zębami, z marudzącą córką w wózku - a tu do wózka pakuje mi głowę jakaś starsza pani i pyta karcącym tonem "a co on tak płacze?" Na spokojne usunięcie wózka z zasięgu bakterii starszej pani jeszcze mi wystarczyło siły, na odpowiedź już nie: "Płacze, bo mu urwałam nóżkę. A za chwilę z panią zrobię to samo".
  • Agnieszka 29 lat
    25.09.2015 14:33
    Pani Redaktor, felietony o dzieciach i innych człowiekach to miód na moje rany ;) A tak już zupełnie poważnie, to temat jest rzeczywiście ważny i trudny, bo dotyczy ustalenia gdzie przebiega granica między konieczną interwencją a wtrącaniem się.
    1. Z przykrością muszę przyznać jako matka 3- latki z kolejnym człowiekiem w brzuchu, że wszystkich rozumów nie zjadłam i napewno jest dużo wiedzy, którą powinnam jeszcze przyswoić. Dlatego uważam, że moim obowiązkiem je wysluchać co matka/teściowa/babcia/inna starsza pani ma do powiedzenia.
    2. Nie muszę się z tym jednak zgadzać. Obym umiała wytłumaczyć swoje stanowisko. Mam prawo robić jak uważam za sluszne.
    3. Tym, co doprowadza mnie do szału, wściekłości i chęci wystrzelenia kogoś w kosmos jest notoryczne nakłanianie mnie do czegoś, o czym już powiedziałam, że uważam inaczej ( i widzę, że moje postępowanie nie szkodzi dziecku). Przykład. Karmiłam piersią. Efektywnie. Teściowa nie wiem ile razy mówiła gdyntylko dziecko zapłakało, że to napewno z głodu ( bzdura). Miałam dużo pokarmu i często karmiłam. Tłumaczyłam jej to wiele razy. Ale ona choć mówiła , że ok, to następnego dnia przynosiła kilogram sztufznego mleka uśmiechając się krzywo, że może spróbuję dać dziecku. Mieszkaliśmy razem z teściami. Gdy dziecko zapłakało, przychodziła pytać czemu ona płacze ( córka bardzo rzadko płakała). Gdy córka płakała raz w nocy, bo zaczął jej sie katar, przyszła w nocy do naszej sypialni zapytać czemu ona tak płacze. Teściowa kontrolowała jak ubieramy dziecko wychodząc na spacer, a gdy wracaliśmy patrzyła, czy ucho nie wystaje z czapki.

    Długo mogłabym wymieniać. Ktoś powie: z troski to robiła. Odpowiadam: Nieprawda! Robiła to , bo uważała, że zajęłaby się naszym dzieckiem LEPIEJ. Nie wymyśliłam tego. Sama mi to powiedziała bez skruchy. W całej tej sytuacji czuliśmy się traktowani jak debile, jak nastolatki nieodpowiedzialne.

    Drogie starsze matki. Zanim pouczycie tych, o których uważacie, że są gorszymi od Was rodzicami, zastanówcie się, jaką macie motywacje. Bo niektore rzeczy robimy dobrze, inne źle, a inne poprostu inaczej. Inaczej - nie znaczy gorzej.
  • beata
    27.09.2015 12:15
    Jak zawsze dobitnie, po imieniu i na temat. Gratuluję trafności słowa i pióra. Te felietony bardzo często są odzwierciedleniem mojego życia i czytając je jest mi lepiej że nie jestem osamotniona z problemami, a nie wiem jak to jest że temat pokrywa się lub jest prologiem do sytuacji jaka była, jest lub będzie w moim życiu.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama