Ratownicy z „Barki”

Pomagali bezdomnym, prostytutkom, narkomanom i alkoholikom z ulic Holandii i Belgii. Głównie Polakom.

Reklama

Antoni Tercha i Piotr Mikołaszek o ludziach, wśród których uprawiają swoje – pionierskie w Polsce – zajęcie, mówią raczej spokojnie. Opowiadają o narkomanach, pijakach, prostytutkach (damskich i męskich), ludziach bez domów czy wykorzystywanych niewolniczo w pracy. Mówią o dramatach ludzi wyrzuconych na margines znakomicie zorganizowanych społeczeństw Belgii i Holandii. Polska Fundacja „Barka” prowadzi tam na zlecenie gmin i ministerstwa sprawiedliwości program streetworkingu (ang. praca na ulicy, praca uliczna) dla Polaków i obywateli innych krajów UE – z wyjątkiem Belgów i Holendrów. Połowę „podopiecznych”, z którymi streetworkerzy nawiązali kontakt, stanowią Polacy. Reszta to obywatele krajów wschodnioeuropejskich: Łotysze, Litwini, Słowacy, Rumuni, Węgrzy, zdarzyło się też kilku Portugalczyków. – Problem językowy był tylko z Węgrami – śmieje się A. Tercha. Pomocą streetworkerom „Barki” służyły asystentki językowe, znające zarówno język flamandzki, jak i języki wschodnioeuropejskie.

Antoni Tercha, wiceprezes strzeleckiego Stowarzyszenia Pomocy Wzajemnej „Barka”, uczył się streetworkingu osiem lat temu w Londynie. Niedawno wrócił z Holandii, gdzie spędził dziesięć miesięcy jako szef mobilnej grupy streetworkerów. Piotr Mikołaszek, kucharz „Barki”, też streetworker, przez prawie półtora roku pracował wśród bezdomnych w Holandii i Belgii: Hadze, Amsterdamie i Antwerpii.

Spektakularny sukces

– Najważniejszym naszym celem było to, żeby ci, którzy znaleźli się na ulicy, wrócili do swoich domów w rodzinnych krajach – podkreśla Antoni Tercha. Ale to nie takie proste. Z niektórymi grupami „uliczników” czy ludzi w trudnych sytuacjach trudno było w ogóle nawiązać kontakt. Młodzi chłopcy, którzy zarabiają, prostytuując się, nie chcieli wchodzić w ogóle w rozmowę na temat tego, czym się zajmują. Prostytucja czy palenie marihuany w świetle holenderskiego prawa nie jest przestępstwem. Bywały jednak sytuacje, w których policja wzywała na pomoc „Barkę”. – Jeden chłopak był chory psychicznie, narkotyzował się, pił i terroryzował całe miasteczko. Policjanci za to, co robił, mieli prawo zatrzymać go tylko na 4 godziny. Kiedy przyjechałem, zrozumiałem, że te rozróby naszego rodaka były wołaniem o pomoc. Zaproponowałem mu terapię w Polsce. Nazajutrz pojechał do kraju – mówi Antoni Tercha.

Jednak nie zawsze sprawy toczyły się tak szybko. – Najważniejsza jest motywacja: żeby oni sami chcieli wrócić, a nie żeby wracali, bo my im tak mówimy czy obiecujemy jakieś lekkie życie – mówi Piotr Mikołaszek. Niektórych skłaniały do decyzji nasilające się choroby. Na przykład Sławek przyszedł do Piotra po trzech atakach padaczki w jeden dzień. – Zostało ci ostatnie stadium: śmierć. Chcesz umrzeć, umieraj, nie chcesz, to jedź na leczenie – wywalił mu w oczy Mikołaszek. Bynajmniej nie opowiada wyczytanych teorii. Sam przez wiele lat był alkoholikiem, spędził w więzieniu niejedną zimę. – Nie bałem się opowiadać chłopakom o sobie. Dzięki temu chyba zdobywałem ich zaufanie – opowiada Piotr.

Spektakularnym „sukcesem” był powrót do Polski Piotra Kościka, bezdomnego Polaka, który przez 7 lat żył w ziemiance koło autostrady w Antwerpii. Kiedy policja to odkryła, stał się bohaterem mediów w Beneluksie, napisano o nim książkę. – Potem chodził po mieście, żebrał, kradł. Miasto nie potrafiło sobie z nim dać rady. W końcu policja zatrzymała go w areszcie deportacyjnym. Wtedy do mnie zadzwonił, chciał wrócić do Polski. Zamieszkał w naszej „Barce”, mógł zobaczyć, że ludzie tacy jak on mogą prowadzić inne życie – opowiada P. Mikołaszek.

Takich historii mogliby obydwaj streetworkerzy opowiadać mnóstwo. – Jeden z bezdomnych Polaków, który kiedyś żył w Hadze na ulicy, dziś jest liderem naszej wspólnoty „Barki” w Doryszewie. W sumie w ciągu 6 miesięcy mojej pracy wróciło do Polski 61 osób – mówi Antoni Tercha. Jednak nie zawsze są to historie kończące się happy endem. – W jednym miesiącu na ulicach Brukseli zmarło ośmiu Polaków, a w następnym siedmiu – mówi Piotr Mikołaszek.

Uważajcie na pośredników!

Wśród wielu zadań streetworkerów były m.in. odwiedzanie więźniów czy pomoc w kontakcie personelu z bezdomnymi przywożonymi do szpitali psychiatrycznych. Wielu młodych Polaków trafia na ulicę, ponieważ są oszukani przez agencje pośrednictwa pracy albo znajomych zachwalających pracę w Holandii. – Namawiają znajomych do przyjazdu, obiecują nie wiadomo co, młody człowiek przyjeżdża, dzwoni do kolegi, ale ten już nie odbiera. I młody zostaje na ulicy – opowiada Mikołaszek. – Takich właśnie nabranych ludzi było najwięcej, głównie dziewcząt, które przyjechały za namową kogoś poznanego przez internet.

Trzeba też uważać na dworcach czy w miejscach przyjazdu. Są zorganizowane grupy Polaków, którzy czekają na przyjeżdżających, nawiązują kontakt, obiecują pracę, zapraszają na drinka z tej okazji. No i budzi się taki nowy rano, tylko że już bez plecaka, dokumentów, laptopa. Zostaje goły i wesoły. Myśmy pomagali Polakom, którzy lądowali na ulicy po 3 dniach w Holandii! – dodaje A. Tercha.

Ostrzega też przed biurami pośrednictwa pracy, które wykorzystują naiwność i beztroskę szukających pracy w Holandii. Niejednokrotnie umowy, które dają do podpisania, są w języku holenderskim. – Ludzie pracują jak niewolnicy na umowach za stawki poniżej minimalnej holenderskiej, mają kwatery w warunkach urągających człowiekowi. A jak się nie podoba – to wynocha! To jest czarny rynek z udziałem naszych biur pośrednictwa pracy – twierdzi Antoni Tercha.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama