Jest inny świat

Nie mają zabawek ani łóżek z wygodnymi materacami. Jednak do szkoły, zrobionej często z trzciny, muszą chodzić w mundurkach i za nią płacić.

Reklama

Dzieci z krajów Trzeciego Świata nie są w stanie wyobrazić sobie luksusów, w które opływa przeciętny współczesny Europejczyk. Tak też wielu z nas nie potrafi wyobrazić sobie życia przeciętnego mieszkańca Kamerunu czy Kongo. – My w Polsce w ogóle nie myślimy o tym, co dzieje się w krajach Afryki – mówi Konrad Czernichowski, przedstawiciel Ruchu Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata „Maitri” w Lublinie. – We Francji czy w Wielkiej Brytanii dużo miejsca poświęca się w mediach problematyce edukacji rozwojowej, u nas czegoś takiego nie ma – zauważa. Pewnie dlatego dzieci, którym Konrad pokazuje zdjęcia ich rówieśników z Afryki, są tak bardzo zszokowane standardem życia mieszkańców tego dalekiego kontynentu.

Potrzeba niewiele

Konrad Czernichowski zachęca zarówno młodszych, jak i starszych uczniów do wsparcia konkretnego dziecka w Afryce w ramach programu „Adopcja serca”. – To dla dużej grupy nie jest wielki wydatek – mówi. – A dla tego konkretnego dziecka 13 bądź 17 euro miesięcznie (w zależności od tego, w jakim jest wieku) stanowi sumę, za którą jego opiekun może, w zależności od potrzeby, opłacić szkołę, wyżywienie, ubranie bądź leki. Adoptować dziecko z Afryki mogą nie tylko uczniowie. Bardzo często robią to rodziny. – W Lublinie mamy adoptowanych 300 dzieci – informuje K. Czernichowski.

Wśród adopcyjnej rodziny są  m.in. Ania i Maciek Królowie, którzy od trzech lat co miesiąc wpłacają pieniądze na utrzymanie swojego adoptowanego syna Mbawe. – Mamy troje dzieci: Janka, Alę i Mbawe – wyliczają. – Kiedyś po rodzinnej naradzie postanowiliśmy, że chcemy wspierać misje w Afryce. Zależało nam jednak, by wspierać konkretne dzieło, a najlepiej konkretną osobę. Tak trafiliśmy do Ruchu „Maitri” – opowiadają. – Oni znaleźli nam Mbawe, chłopca, który mieszka tylko z ojcem i jest naprawdę bardzo biedny. Królowie, podobnie jak inni rodzice adopcyjni, wypełnili najpierw deklarację wsparcia dziecka do ukończenia przez nie szkoły, a potem, po mniej więcej pół roku od wysłania deklaracji i pierwszej wpłaty, otrzymali kwestionariusz i zdjęcie chłopca, który został im przydzielony przez misjonarzy współpracujących z Ruchem „Maitri”. W kwestionariuszu podane są dane dziecka i informacje o nim, m.in. do której chodzi klasy, w jakich warunkach mieszkaniowych żyje, czy ma rodzinę, czy może jest sierotą. – Pamiętam takie kwestionariusze, w których było napisane, że jedynym wyposażeniem domu jest mata do spania i garnek, a dach przecieka – opowiada K. Czernichowski. – To  informacje, które naprawdę poruszają.

Pieniądze, które rodzice adopcyjni wpłacają co miesiąc na konto dla „swojego” dziecka, w zasadzie w całości przeznaczane są na jego potrzeby. – Jedno euro z sumy zostaje w Polsce. Wykorzystywane jest na cele administracyjne, przygotowywanie gazetek i ulotek – wyjaśnia wolontariusz Ruchu „Maitri”. – Reszta trafia do misjonarzy. Ta składka zazwyczaj starcza na cztery rzeczy: czesne w szkole, dożywianie, odzież i leki – dodaje.

Nie tylko pieniądze

Każdy rodzic adopcyjny, jeśli tylko chce, może, a nawet powinien nawiązać korespondencję ze swym adoptowanym dzieckiem. – Nie wszyscy niestety rozumieją, że nie chodzi tylko o płacenie pieniędzy – mówi Konrad Czernichowski. – Dzieci w Afryce bardzo czekają na listy od swych adopcyjnych rodziców. Kiedyś jedna dziewczynka chodziła z mocno wygniecionym zdjęciem swojej polskiej mamy adopcyjnej. Jedna z sióstr zapytała ją, dlaczego tak nie szanuje tego zdjęcia. Dziewczynka odpowiedziała, że ona z tym zdjęciem też śpi, bo nie ma własnej mamy i teraz to jest jej mama.

Jak opowiada Konrad, wiele dzieci wiesza zdjęcia z Polski na ścianach w swoich domach. Chcą też odpowiadać na listy, choć często nie wiedzą, jak się do tego zabrać. – Nie ma tam kultury pisania listów, ale misjonarze pomagają dzieciom pisać i starają się, by dwa razy do roku list do rodziców adopcyjnych dotarł. Czasami listy są bardzo wzruszające. Pamiętam, jak dziecko z Ruandy pytało swych adopcyjnych rodziców, czy w Polsce również żyją Tutsi i Hutu. Dziewczynka napisała też, że gdyby miała skrzydła, to przyleciałaby uściskać swą adopcyjną mamę.

Pomysł na „Adopcję serca” powołaną przez Ruch „Maitri” zrodził się w 1995 r. po ludobójstwie w Ruandzie. Aktualnie mija 20 lat od funkcjonowania tej idei. Dzięki „Adopcji serca” wiele afrykańskich dzieci unika głodu i ma możliwość nauki w szkole. A ta jest dla nich jedyną szansą wydostania się z nędzy.

W Lublinie Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata funkcjonuje przy parafii św. Józefa na LSM. Zainteresowani „Adopcją serca” wszelkie informacje mogą znaleźć na stronie www.maitri.pl lub pod numerem tel. 81 525 78 56 w każdy wtorek od 16 do 18.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama