Moja Ania żyje

Zaraz po odzyskaniu świadomości po wypadku Iwona Lis zapytała lekarzy, czy musieli wybierać między życiem jej a córeczki. Usłyszała, że maleńka Ania nie miała szans. Dziś jej fundacja „Forani”, mająca w nazwie imię jej córki, pomaga poszkodowanym w wypadkach. – Jest jak moje dziecko – mówi.

Reklama

Przed tym spotkaniem miałam dramatyczne sny, ponieważ czułam się bezradna. Wiedziałam, że moja rozmówczyni straciła córkę w wypadku samochodowym. Mimo to dałam się wyciągnąć do sklepów z napisami „wyprzedaże” i na róg Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej w Warszawie przyszłam z zakupami.

Iwona Lis czekała na mnie elegancko ubrana i z wyrozumiałością powiedziała, że na chodzenie po sklepach nie traci czasu. – To skąd ma pani takie ładne ciuchy? – zapytałam. – Rzeczy same przychodzą – stwierdziła. – Dostaję je od koleżanki. Mam też sporo ubrań z czasów, kiedy pracowałam w korporacji. Garsonki, koszule, szpilki – wszystkie najlepszych marek. Są jak wspomnienie czasu przed wypadkiem.

Szła obok mnie jakby nigdy nic w wysokich, zgrabnych botkach. Dopiero potem się dowiedziałam, że po ośmiu operacjach ma przesuniętą miednicę i musiała wypracować sobie nowy styl poruszania się. – Żeby to osiągnąć, wykonywałam 120 proc. przewidzianych ćwiczeń, które zresztą robię do dziś – przyznaje. – Nie szkodzi, że nadal mnie boli?. Nie skupiam się na bólu, idę dalej.

Ciemna noc

– 28 grudnia 2004 r. wracaliśmy z mężem Krzysztofem ze świąt spędzonych u rodziny w Toruniu – opowiada. – Ta chwila zmieniła całe moje życie. Straciłam zdrowie, jedyne dziecko, bo byłam w ósmym miesiącu ciąży, i w konsekwencji rodzinę. Ktoś, próbując wyprzedzać, wjechał na „czołówkę” na nasz pas. Kiedy się zorientował, że nie zdąży, chciał uciec do rowu, ale po drodze ściął tę stronę samochodu, gdzie siedziałam obok kierowcy. Pamiętam nagłe światła z naprzeciwka, a później już tylko ciemną noc.

Następne wydarzenia zna tylko z relacji. W najbliższym szpitalu w Lipnie nie mieli oddziału intensywnej terapii, a wiedzieli, że będzie niezbędna, kiedy ją zaczną operować, bo stwierdzono wewnętrzny krwotok. Oddział reanimacyjny w Toruniu był przepełniony, więc zawieźli ją do Włocławka. – Został mi w pamięci moment, kiedy poczułam, że ktoś mnie otulił czymś bardzo ciepłym – mówi. – To był chwilowy błogostan, zrobiło mi się ciepło i miło. Później doszłam do wniosku, że podczas przewożenia do kolejnego szpitala musiałam znaleźć się na granicy życia i śmierci. Sprawdziłam, że nikt z sanitariuszy niczym wtedy mnie nie otulił. Od tamtej chwili nie boję się śmierci.

Na OIOM-ie wprowadzono ją w śpiączkę farmakologiczną. Podawano takie ilości silnych leków przeciwbólowych i morfiny, że przez miesiąc przebywała w półśnie, nie orientując się, co właściwie się stało. Ta terapia była konieczna, żeby poskładać jej połamane kości i dopomóc w regeneracji organizmu.

Anna Maria

Na skutek urazu jej miednica rozpadła się w drobne puzzle. – To, że chodzę, zawdzięczam dr. Adamowi Cabanowi z Otwocka, który jakiś czas potem dokonał reoperacji miednicy i umocnił ją specjalną płytką, będącą stabilizatorem wewnętrznym – mówi. Okazało się, że ma też złamane nogi i prawą rękę. Przez 4 miesiące leżała bez ruchu, całkowicie zdana na pomoc innych.

– Dopiero w lutym dotarło do mnie, co się stało – przyznaje. – „Czy wybieraliście między mną a córeczką?” – to było pierwsze pytanie, które zadałam lekarzom. Gdybym miała możliwość wyboru między jej życiem, a moim, toby mnie tutaj nie było. Od mojej siostry dowiedziałam się, że w tym amoku, w jakim się znajdowałam, na jej pytanie o imię dla mojego dziecka odpowiedziałam: Anna Maria. Córeczka ważyła 2640 gramów i miała ponad 50 cm wzrostu. Kiedy moi najbliżsi chowali ją na cmentarzu, wydawało mi się, że są tuż obok, za ścianą szpitalnej sali.

Nie opuszczali jej w tym krytycznym czasie ani na krok: – Mama Pelagia, brat Robert, siostra Małgorzata, mąż, ciocia Basia, kuzynka Agnieszka, dojeżdżali do mnie na zmianę, pokonując 60 km, żeby przy mnie czuwać – wspomina. – Kiedy miałam wodę w płucach, budziłam się w nocy i rzucałam się, wyrywając sobie podłączoną aparaturę. Żeby napić się wody, musiała wołać pielęgniarkę, ale nie było jej słychać, bo miała krtań nadwyrężoną przez rurkę tracheotomijną.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama