Mantylkownia

W Malcanowie mantylki kują. To znaczy – szyją. Delikatne, zwiewne, koronkowe…

Reklama

Kulturowo przeszczepione z dalekiej Hiszpanii czy Włoch. A mimo to na mazowieckiej wsi, do której dotarcie zimą nieutwardzoną i zalodzoną drogą przez bujny las to spory wyczyn, mantylki mają się całkiem dobrze. I znalazły swoje miejsce wśród polskich wierzb płaczących, podmokłych pól i… zapachu domowej kartoflanki. Bo gdy szyje je Adrianna, wokół roztacza się zapach zupy, za oknem rozciągają się mazowieckie krajobrazy, a dzieci otaczają maszynę do szycia i pilnują, czy ścieg idzie prościuteńko.

Koronkowe początki

A wszystko zaczęło się dość dawno temu, od chodzenia na Mszę św. w trydenckim rycie. Adrianna i Maciej Tryburcy zaczęli chodzić na Msze po łacinie wraz z dziećmi. Ale wraz z łaciną w mowie zastali tam także inne „łacińskie” zwyczaje: nakrycia głowy u kobiet. W formie chustek, kapeluszy, czapek. W wersji letnio-eleganckiej: mantylki właśnie. – Przed Soborem Watykańskim II to był obowiązek. Prawo kanoniczne nakazywało noszenie nakryć głowy przez kobiety.

To było o tyle oczywiste, że kulturowo, historycznie kobieta w miejscach publicznych nakrywała głowę – opowiada Adrianna, tuląc 2-letnią Mariannę. Obie bez nakrycia głowy, bo przecież we własnej kuchni. – Potem obowiązek kanoniczny zniesiono. W zasadzie obecnie tylko podczas oficjalnych spotkań z papieżem jest konieczność przykrycia głowy przez panie, zapisana w protokole. Podczas Mszy św. w rycie trydenckim w zasadzie nie ma obowiązku noszenia nakrycia głowy przez panie. Ale dużo kobiet chce. One czują, że jest to kultywowanie pięknej tradycji.

– I mnie ten zwyczaj zaczął się coraz bardziej podobać. Zaczęłam odkrywać go dla siebie oraz córek. Tylko skąd się bierze takie coś na głowę? Taką klasyczną, koronkową mantylkę? Okazało się, że zdobycie jej wcale nie było proste. O ile nie jest się krawcową czy hafciarką, bo w Polsce „mantylkowego” sklepu nie było. – Natomiast w Stanach Zjednoczonych takich sklepów jest bardzo dużo. We Francji podobnie. Jednak zamówienie ich i transport wychodzi ogromnie drogo. W dodatku otrzymany produkt raczej nie satysfakcjonował: sztywny, sztuczny i niezbyt piękny. Ale że Polka (tradycyjna) potrafi, więc w drewnianym, mazowieckim domu Tryburcych powstał pomysł na „mantylkownię”. W myśl zasady, że jeśli na rynku czegoś nie ma, a potrzeba istnieje, to i klient będzie.

Filolog z bławatną historią

Adrianna jest z wykształcenia filologiem rosyjskim, a przed urodzeniem dzieci pracowała jako urzędnik państwowy. Ale, jak z uśmiechem opowiada, chyba „tekstylne geny” się w niej obudziły. Przed wojną w centrum Warszawy tzw. sklep bławatny prowadził jej dziadek. Natomiast babcia była… gorseciarką na Nowym Świecie. – Wypłynęły geny dziadków – śmieje się pani Adrianna, pokazując delikatne, koronkowe kawałki.

Jedne materiały już skrojone i przeszyte, inne, ułożone w kartonowych pudełkach, czekają na swoją kolej. Do uszycia. – Oczywiście, potrafiłam szyć, tak na swoje i sześciorga dzieci potrzeby. Ale nie skończyłam żadnej szkoły w tym kierunku. Więc początki szycia mantylek to była… partyzantka. Nie wiedziałam, z czego się je szyje. Moje pierwsze dziełka to egzemplarze mocno eksperymentalne. Potem zaczęły się poszukiwania oraz praca metodą prób i błędów: poznawanie hurtowni koronek, sklepów, w których można kupić rzeczy potrzebne do wykończenia. I mantylkowanie zaczęło nabierać rumieńców.

– Jedna, dwie, pięć. Powoli uczyłam się, a moje prace stawały się coraz ciekawsze i po prostu ładniejsze. Teraz już mam wprawę, a w szyciu pomaga mi profesjonalna krawcowa. Ale myliłby się ten, kto myśli, że szycie mantylek to wielki biznes. Jak się ma sześcioro dzieci, mnóstwo domowych obowiązków, to po prostu nie ma tyle czasu na dodatkową pracę, ile by się chciało. – Szyję w międzyczasie, wykorzystując każdą wolną chwilę. Nie marnuję dnia. Tu zrobić obiad, tu lekcje z dziećmi. A na stole między kuchnią a salonem stoi rozłożona maszyna, gotowa do działania. Tu zupka, tu Marianka, a tu klient dzwoni i zamawia konkretny produkt. Więc wiadomo: zaraz trzeba wziąć Mariankę do samochodu i pojechać z nią do hurtowni materiałów i dodatków. Dlatego firma nie rozkręca się w superszybkim tempie. Ale jednak… rozwija się. Bo mantylki są kobietom potrzebne.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama